Raniuszek
Raniuszek © Andrzej Rabiega

Nigdy o tym nie myślałem, ale właściwie, jak teraz się nad tym zastanawiam, to fotografia pociągała mnie odkąd sięgnę pamięcią. Mniej więcej w połowie szkoły podstawowej dostałem swój pierwszy aparat fotograficzny i była to Smiena 8M. W tamtych czasach nie było specjalnie wyboru i właściwie większość dzieciaków zaczynała od tego prostego, radzieckiego aparatu lub też jeszcze bardziej prymitywnego „Druha”. W szkole średniej kupiłem sobie pierwszą lustrzankę „Zenith”. Moje pstrykanie fotek długo jeszcze nie miało nic wspólnego z przyrodą, a co dopiero z ptakami, które wymagają jak wiecie sporo czasu i długich, raczej kosztownych obiektywów. Nie to, że byłem obojętny na uroki przyrody, ale ptaki zupełnie mnie nie interesowały w tamtym okresie.

Jak się okazało, do tego potrzebny był „impuls”. Tym impulsem było drzewo, a konkretnie starusieńka grusza, która rośnie do dzisiaj w naszym ogrodzie. Grusza z roku na rok ma coraz mniej owoców, niewiele liści, ale za to dużo suchych powykręcanych konarów, uwielbianych przez ptaki. Nowa pasja zaczęła się na początku zimy, kiedy to niespodziewanie nasze drzewo obsiadły ptaki, których nigdy przedtem nie widziałem a bardzo chciałem poznać tych nieznanych gości.

Żuraw
Żuraw © Andrzej Rabiega

Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale były to chyba kwiczoły. I nagle okazało się, że w mieście nie tak znowu małym, nie tylko latają wróble, sikorki i gołębie. Od tamtego dnia, właściwie każdego ranka, przy porannej herbacie wyglądam przez okno wypatrując niespodziewanych przybyszy.

Wkrótce pojawiła się na parapecie „dyżurna” lornetka a na pobliskiej półce przybyło z czasem ptasich albumów i atlasów. „Ptasia choroba” okazała się zaraźliwa i choruje już na nią reszta domowników do tego stopnia, że pod ręką musi być na oknie zapasowa lornetka a długie majowe weekendy najchętniej spędzamy nad Biebrzą. Muszę się przyznać, że uwielbiam przeglądać ptasie fotografie i zawsze zazdrościłem tym, którzy mogą sobie pozwolić na setki godzin spędzonych w często w magicznych miejscach z dala od zgiełku miast, sam na sam z przyrodą, a po drugiej stronie obiektywu nagroda, często okupiona godzinami spędzonymi bez ruchu w błocie, mrozie czy też letnim skwarze. Często po godzinach czy nawet dniach poszukiwań i przygotowań.

Strzyżyk
Strzyżyk © Andrzej Rabiega

Konkurencja jest bardzo duża i rośnie z dnia na dzień. Przybywa pasjonatów, którzy robią naprawdę świetne ptasie foty :-). Sam biegam po krzakach z aparatem jak tylko czas pozwoli i wiem ile wysiłku i umiejętności kosztuje zrobienie „tego właściwego ujęcia” kolesia, który ma parę skrzydeł i zazwyczaj nie chce siedzieć w miejscu. No nie ma lekko, ale jak nie można z różnych względów sfocić ptaszka, którego by się chciało to można go sobie namalować :-)

I tu zaczyna się sedno sprawy. Bardziej od fotografii pociągało mnie jednak malowanie i Sztuki Piękne. Do tego stopnia, że ukończyłem ASP w Gdańsku na wydziale Malarstwa i Grafiki. Pomimo iż starałem się po studiach zajmować grafiką, to tęsknota za malarstwem gdzieś tam wciąż z tyłu głowy siedziała i myśl, że wypadałoby przeprosić się z pędzlami leżącymi gdzieś w głębokiej szufladzie wracała jak echo. Echo okazało się całkiem donośne. Po zakupie farbek, nowych pędzli, odbijało się dalej następne kilka lat, a zakupione „niezbędne” do malowania przybory spoczęły w głębokiej szufladzie. Mówią, że podobno z malowaniem jest jak z jazdą na rowerze, niby się nie zapomina, ale mimo to strach przed porażką był tak wielki, że powrót do malowania musiał jeszcze poczekać.

Podobno poszukiwanie mistrza nie ma specjalnego sensu. Mistrz pojawia się wtedy, gdy jesteś gotowy. Mój Mistrz pojawił się znienacka nie gdzie indziej, tylko na facebook-u w postaci genialnej akwareli w poście kogoś ze znajomych. Na szczęście „Mistrz” posiada profil na „fejsie” i na bieżąco publikuje swoje dzieła. Gdy odnalazłem w sieci film, na którym pokazujący w jaki sposób Alvaro Castagnet maluje swoje rewelacyjne akwarele pomyślałem, że trzeba w końcu spróbować.

Sikora uboga
Sikora uboga © Andrzej Rabiega

Pierwsza próba była porażką. To, co wydawało się tak proste i łatwe, okazało się na razie pieśnią przyszłości lub też, co bardziej prawdopodobne nieosiągalnym ideałem. Myśl, że może się uda choć trochę zbliżyć do ideału, co i tak byłoby wielkim osiągnięciem dodawała otuchy do dalszych prób. Kolejne moje podejścia do akwareli malowanej na wzór „Mistrza” nie napawały optymizmem. Postanowiłem trochę sobie odpuścić z malowaniem miejskiej architektury i ulicznego zgiełku tak jak robi to „Mistrz”, na rzecz czegoś znacznie prostszego i możliwego do opanowania na moim etapie artystycznego rozwoju. W końcu dzisiaj na Akademii Sztuk Pięknych nikt nie uczy już studentów malowania akwarelą, a szkoda, bo jest to szlachetna i dająca niesamowite możliwości wyrazu, ekspresji, ukazania koloru, technika, której opanowanie daje malarzowi dużo pewności siebie. Gdy umiesz malować akwarelą poradzisz sobie świetnie z każdą inną techniką. Nie uczą tego dzisiaj na ASP może dlatego, że jest to najtrudniejsza z technik malarskich, technika, która nie wybacza błędów.

Puchacz
Puchacz © Andrzej Rabiega

Źle położona plama, niewłaściwie postawiona kreska, czy też kiepsko dobrany kolor jest nie do poprawienia. No i chyba dlatego, nie każdy malarz, (nawet profesor) ma opanowane malowanie w tej technice. Połączenie pasji do obserwacji ptaków i chęć ich malowania okazało się bardzo dobrym pomysłem. Ptak jest obiektem stosunkowo prostym i bardzo wdzięcznym do malarskich wprawek.

Właściwie od pierwszego razu się udało i już tak pozostało do dzisiaj. Są podobno artyści, którzy potrafią namalować ptaka z pamięci! Ja niestety do nich nie należę. Do namalowania ptasiego modela długo się przygotowuję. Maluję oczywiście z fotografii. W moim archiwum mało jest ptaków, które by się nadawały do uwiecznienia. Zawsze im czegoś brakuje. A to nie taka poza, nie tak uchwycone światło jak bym sobie tego życzył, no i gatunków w prywatnym archiwum trochę mało.

Dlatego sporo czasu poświęcam na wyszukiwanie w „sieci” właściwych ptasich modeli w ciekawych do namalowania pozach. Początkowo malowałem „z marszu” bez szkicowania. Ale czasem okazało się, że strzyżyk na przykład ma za długi dziób a raniuszek za długi ogon i nie zawsze kompozycja na kartce była trafiona, a poprawić się już nie da.

Teraz przed położeniem pierwszej plamy szkicuję przynajmniej kontury modela, aby proporcje wszystkich części ptasiego ciała były zachowane, a cienkie ledwo widoczne kreski ołówka wyznaczają granicę do jakiej może urosnąć dziób lub ogon. Moje akwarelowe ptaki powstają zaledwie od dwóch lat. Pierwsze cztery zawisły w salonie na ścianie.

Kszyk
Kszyk © Andrzej Rabiega

Przy jakimś spotkaniu znajoma zapytała czy nie namalowałbym jakiegoś ptaszka na prezent dla jej męża. Czemu nie! Potem ktoś zaproponował, że umieści kilka obrazków w swojej galerii i tak się zaczęło ptasie malowanie, które sprawia mi coraz więcej przyjemności.

Pewnie dlatego, że z każdą kolejną akwarelą uczę się coraz więcej. Powoli pędzel i akwarela zaczynają mnie słuchać :-) Coraz więcej przychylnych osób domaga się wystawy. Skoro wystawa, to ptaszki muszą mieć większy format, wtedy zyskują na atrakcyjności a i można sobie pozwolić na większy rozmach pędzlem. A że terminy do zorganizowania wystawy w galeriach są wielomiesięczne, to może uda mi się do tego czasu coś namalować :-)

Wrobel zwyczajny (Passer domesticus)
Wróbel zwyczajny (Passer domesticus) © Kazimierz Pańszczyk

Wróbel od bardzo dawna towarzyszył człowiekowi – przypuszcza się, że skolonizował ludzkie osady już przed co najmniej kilkoma tysiącami lat. Jak wiemy ptak ten dobrze czuje się zarówno na wsi, jak i też w wielkich metropoliach. Nie ma zbyt dużych wymogów środowiskowych, wystarczy mu mały zakrzewiony skwer, niewielki trawnik, oczywiście dobrze by było, gdyby miał bezpośredni dostęp do nasion zbóż, chwastów, drzew i krzewów.


Ale jeśli nawet boryka się z wyraźnym niedoborem nasion, równie dobrze potrafi zadowolić się utraconym przez dzieci ciastkiem, lub innym porzuconym przez człowieka smakołykiem. Z chęcią też buszuje po miejskich koszach i śmietnikach. Jest to ptak znakomicie radzący sobie zarówno w obrębie gospodarstw wiejskich, jak i też w wielkomiejskich betonowych osiedlach. Niejednokrotnie można go spotkać nawet wewnątrz wielkich super marketów, magazynach spożywczych, halach sportowych, a nawet w hangarach lotniczych.

Wrobel zwyczajny (Passer domesticus)
Wróbel zwyczajny (Passer domesticus) © Kazimierz Pańszczyk

Miejsce na gniazdo wybiera w szczelinach budynków, pod dachami, w dziuplach, skrzynkach lęgowych, a czasami nawet na obrzeżach bocianiego gniazda. Wydawać by się mogło, że tak zaradnemu gatunkowi nic nie może zagrozić. Niestety naukowcy zauważyli już początkiem lat 80-tych ubiegłego stulecia, że populacja wróbli zwłaszcza w Europie Zachodniej zaczęła dramatycznie się kurczyć. Obecnie w Holandii i Wielkiej Brytanii wróbel stanowi już taką rzadkość, że uznano go za gatunek zagrożony wyginięciem.

Sytuacja polskiego wróbla też nie jest zadowalająca. Co prawda nie wiem czy prowadzono dokładne badania w tym kierunku, niemniej jednak z pobieżnych obserwacji wynika, że wróbli faktycznie w ostatnim okresie minionego ćwierćwiecza znacznie ubyło. Naukowcy spadku populacji tych wszędobylskich ptaków dopatrują się głównie w niekorzystnych zmianach. Między innymi zwraca się uwagę na coraz większą konkurencyjność ze strony innych „miejskich” ptaków takich, jak chociażby gołębie, sroki, kawki, drozdy, czy gawrony. Ważną rolę w spadku populacji przypisuje się też drapieżnikom, do których niewątpliwie należy kot domowy, kuna, pustułka, krogulec, czy nawet puszczyk.

Wrobel zwyczajny (Passer domesticus)
Wróbel zwyczajny (Passer domesticus) © Kazimierz Pańszczyk

Również zmiana pojazdów zaprzęgowych na pojazdy mechaniczne, czyli brak dostępu do końskiego pożywienia, głównie chodzi tu o owies, też w jakimś stopniu wpłynęła na spadek populacji tych wszędobylskich ptaków. Okazuje się również, że nowoczesne budownictwo też ma niebagatelne znaczenie. Ptaki te jak wiemy najchętniej zakładają gniazda w przeróżnych zakamarkach budynków, skrzynkach lęgowych, a czasami nawet i w opuszczonych jaskółczych gniazdach. Dzisiejsza kwadratura budownictwa, do tego beton, szkło, brak strzech, okapów, tak zwany nowoczesny system dociepleń, który zamyka szczelnie całą elewację w zasadzie nie dają większych możliwości lęgowych.

Coraz mniej starych strychów, strzech, okapów i architektonicznych zaułków sprawia, że wróblom coraz trudniej osiągnąć sukces lęgowy. Ostatnio zwrócono także uwagę na czynniki sanitarne w postaci szczelnie opakowanych odpadów spożywczych wyrzucanych przez człowieka. Mówiąc najprościej wróbel ma coraz większą trudność w dotarciu do wszelkich „cywilizacyjnych smakołyków”, które to człowiek szczelnie pakuje w reklamówki przed wyrzuceniem do kosza.

Wrobel zwyczajny (Passer domesticus)
Wróbel zwyczajny (Passer domesticus) © Kazimierz Pańszczyk

Wychodzi na to, że wróbel przez te ostatnie kilka tysiącleci znakomicie dostosował się do bałaganiarskiego stylu życia człowieka i świetnie się czuł na miejskich straganach jarmarkach, bazarach czy w obrębie wielkich magazynów zbożowych. Obecnie na wsiach już nikt nie młóci zboża ręcznie, nie młynkuje i nie przewiewa, a co za tym idzie pewne straty związane z technologią ręcznych omłotów odpadły. Cały proces zamknął się już na polach gdzie zmechanizowane kombajny zbożowe załatwiają wszystko. Modna niemal wszędzie za ogromne pieniądze rewitalizacja parków miejskich również zamyka drogę rozwoju. Sadzi się ozdobne krzewy których owoce są dla wróbla niejadalne, sieje się trawy które praktycznie nie zakwitną ponieważ zmechanizowane koszenie trawników nie dopuszcza do tego procesu. Nie ma już wielu chwastów których niegdyś było w parkach brud, a co za tym idzie nie ma też nasion, które wzbogacały menu pokarmowe nie tylko wróbla. Nie ma dorożek, nie traci się końska karma itd.

06
Wróbel zwyczajny (Passer domesticus) © Kazimierz Pańszczyk

Całość zagadnienia jest, jak widzimy, bardziej złożona niż można przypuszczać i zapewne każda z wymienionych przyczyn wpływa w mniejszym lub w większym stopniu na kurczącą się populację tych wszędobylskich ptaków. Niestety „ten miejski cwaniak”, który towarzyszył człowiekowi od tysięcy lat mimo niezwykłych zdolności adaptacyjnych jakie zdołał wypracować przez wieki stopniowo ginie. Wszystko wskazuje na to, że nowoczesność i galopujący postęp cywilizacyjny najwyraźniej wróblom nie służy. Jak widać ten wszędobylski ptak najwyraźniej już za tym wszystkim nie nadąża. Być może za kilkadziesiąt lat skromna populacja wróbli pozostanie już tylko na peryferiach wiejskich zabudowań, o ile i tam nie zawita nowoczesność ze stali, szkła, folii i plastiku.

Kokoszka wodna
w gąszczu sitowia słychać jakiś czas donośne głosy kokoszek wodnych © K. Pańszczyk

Ciepły, lipcowy poranek, nad trzcinami unosi się niewielka mgiełka, w pewnej chwili niemal idealne lustrzane odbicie wody zostaje zniszczone przez lądującego na wodzie kaczora. Chlupnięcie i po chwili rozchodząca się fala deformuje ład tego spokojnego zakola. Nieco dalej w gąszczu sitowia słychać co jakiś czas donośne głosy kokoszek wodnych "krriuuuit". Jednakże całość tych porannych nawoływań niszczą w oddali czyjeś harce na wodzie. Niby jest już dostatecznie jasno, ale mgła uniemożliwia identyfikację i jakąkolwiek dokumentację fotograficzną. A szkoda, bo najwyraźniej mieszkańcy tego mokradła są już w pełni aktywni, niestety często zdarza się, że cierpliwość foto-przyrodnika wystawiana jest na próby biernego czekania. Jednak z doświadczenia wiem, że niemal zawsze wyczekiwanie się opłaca. Ponadto zdaję sobie sprawę, że jest pełnia lata, mgła szybko opadnie i niebawem będzie okazja do bliższego poznania się z mieszkańcami tutejszych szuwarów. Po mniej więcej godzinnej bezczynności w ciasnym ukryciu dojrzałem przez szczelinę błękitną poświatę nieba, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że zapowiada się piękny letni dzień.

Czapla biała (Egretta alba)
"biała dama" © K. Pańszczyk

Mgła jak przystało na letni poranek szybko się rozproszyła i już po godzinnej zasiadce bez przeszkód mogłem dojrzeć dryfujące kaczki na wodzie. Niestety z fotograficznego punku widzenia okazało się, że były zbyt daleko. Teleobiektyw 500mm, mimo że ma sporą ogniskową, nie zawsze pozwala na zrobienie satysfakcjonującego ujęcia. Tymczasem z pierwszymi promieniami słońca nieopodal mojego ukrycia wylądowała czapla siwa, która od razu nieufnym wzrokiem zmierzyła podejrzany szałas, w którym byłem ukryty. Oczywiście wiedziałem, że w takiej sytuacji aż do momentu kiedy ptak nie nabierze zaufania, nie można wykonywać jakichkolwiek ruchów obiektywem, ale już po chwili czapla zignorowała zupełnie mój foto-schronik i zajęła się porannym żerowaniem. Nieco dalej na lewo zauważyłem też, że w moim kierunku na bardziej otwarty akwen ciągną dosyć szybko trzy perkozki. Okazało się, że to samiczka z dwoma młodymi, ona również wybrała się na żerowisko. Jednak beztroską wyprawę perkozków przerwał złowieszczy cień przecinający lustro wody, który sprawił, że samiczka niemal natychmiast dała nura pod wodę. Po chwili jednak okazało się, że całe to zamieszanie wywołała czapla biała, która właśnie lądowała w pobliskim sitowiu.

Czapla siwa
... w nieco śmieszny sposób (...) zaczęła suszyć mokre upierzenie © K. Pańszczyk

Niebawem zrodził się nie mały dylemat: czy przekierować obiektyw z siwej na białą, czy też zaczekać. Czasami taki zabieg kończy się spłoszeniem całego towarzystwa, mając już podobne doświadczenia z wcześniejszych lat postanowiłem mimo wszystko cierpliwie zaczekać. Siwa wyciągnęła długą szyję, chcąc lepiej przyjrzeć się swojej kuzynce, tymczasem białej najwyraźniej obecność siwej w ogóle nie przeszkadzała. Po kilku minutach całość wróciła do normy i wszyscy zajęli się na dobre swoimi sprawami. Również i mnie nie pozostało nic innego, jak tylko ostrożnie utrwalać mieszkańców tego niewielkiego mokradła. Mniej więcej około godziny dziewiątej „biała dama” na dobre odleciała, natomiast siwa w nieco śmieszny sposób korzystając z ciepłych promieni słońca zaczęła suszyć mokre upierzenie. Ciepły spokojny poranek przerwał dochodzący z oddali krzyk ciągnących mew. Robiło się coraz cieplej, perkozki opuściły otwarte wody, kaczki jak zwykle zaszyły się w tataraku i buszowały w najlepsze. Właściwie to tutejsze ptactwo było już po „śniadaniu”. Teraz nastał czas porannej toalety i leniuchowania, niemal wszyscy mieszkańcy ukryli się za gęstą ścianą szuwaru. Po jakimś czasie również i siwa koleżanka też spokojnym lotem oddaliła się na pobliskie pola. Ja również zgłodniałem i powoli, nie zakłócając ciszy i spokoju, postanowiłem wyjść z ciasnego ukrycia. Piękny letni poranek rozpoczął się na dobre, chociaż mieszkańcy tego uroczego stawku od dawna byli dobrze mi znani, jednak za każdym razem, kiedy tylko tam jestem zachwycam się nowym przyrodniczym spektaklem.

Zielona żabka :-)
był ze mną ktoś jeszcze © K. Pańszczyk

Z fotograficznego punktu widzenia dzień na tym małym trzcinowym zakolu mogłem uznać za udany. Jednak pakując w czatowni sprzęt, zauważyłem między gumowymi butami małą zieloną żabkę. Jest wielce prawdopodobne, że towarzyszyła mi w tym miejscu przez cały czas. A zatem wszystko wskazywało na to, że tego dnia w „zielonej loży” na porannym przedstawieniu, był ze mną ktoś jeszcze.

Sóweczka czyli sówka - już same słowa sugerują nam jej rozmiar i wielkość. A tak subtelne i ciepłe w wymowie nazwy, zdrobnione od słowa sowa, od razu rysują w naszej wyobraźni malutkie i bezbronne stworzonko, kompletnie niezdolne do niecnych czynów i zachowań. A tu tymczasem niespodzianka od Matki Natury - wszak wielkość faktycznie jest zgodna z jej nazwą, natomiast charakter i odwaga czyni z niej drapieżnika i wojownika w każdym calu.

soweczka glaucidium passerinum 1 20150826 1269511531
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Cezary Korkosz

Właśnie w tym momencie warto przytoczyć chyba najbardziej właściwe porównanie sóweczki jakie słyszałem, a odnoszące się do dwóch skrajnie różnych gatunków sów, najmniejszej - sóweczki i największej sowy Europy – puchacza. Trafnego i nad wyraz treściwego w słowa porównania dokonał mój kolega mówiąc: Gdyby sóweczka była wielkości puchacza polowałaby na ludzi. To właśnie te słowa niezwykle uaktywniają naszą wyobraźnię i pozostają na bardzo, bardzo długo w głowie. Wcale nie są tak mocno przesadzone - kto to wie jak by było i czy nie bylibyśmy przypadkiem w jej jadłospisie?

Moje pierwsze spotkanie z tym karzełkiem wśród sów miało miejsce przy okazji poszukiwań zupełnie innej sowy w Gorcach. Wraz z kolegą przyjechaliśmy sfotografować i sfilmować jednego z największych puszczyków, puszczyka uralskiego. Niestety, jak to często bywa, sama natura zdecydowała inaczej i mimo naszych wysiłków po uralu nie było ani widu ani słychu.

soweczka glaucidium passerinum 2 20150826 1799591994
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Cezary Korkosz

Po kilku dniach niepowodzeń w poszukiwaniach nasi koledzy z Gorczańskiego Parku Narodowego, chcąc nam poprawić nastrój, zaproponowali: a może sóweczkę byście chcieli uwiecznić na filmie? Pomyślałem sobie - pewnie byśmy i chcieli ale jeśli my tak wielkiego urala nie możemy znaleźć, to co tu mówić o szukaniu ptaka niewiele większego od dobrze najedzonego wróbla czy napuszonego gila.

Umówiliśmy się jednak na popołudnie żeby rozpoznać teren i, ewentualnie, zlokalizować ptaka lub ptaki, rozstawić sprzęt, ukrycia i zamaskować się. Przygotowaliśmy aparaty, spakowaliśmy różnoraki sprzęt, między innymi siatki maskujące, czatownie i wiele innych akcesoriów, które, jak się później okazało, zupełnie były zbędne, a wręcz tylko nam przeszkadzały.

soweczka glaucidium passerinum 3 20150826 1826848383
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Cezary Korkosz

Po południu wyruszyliśmy obładowani tobołami. Pnąc się pod górę wąską ścieżką, po jakichś 30-40 minutach intensywnego marszu zatrzymaliśmy się, wcale nie zachowując specjalnych środków ostrożności, przy ogólnie dostępnym szlaku.

Poczekajmy chwileczkę niech przejdą tamci turyści i się trochę oddalą - mówią nasi gospodarze. Z kolegą patrzymy na siebie nie bardzo rozumiejąc o co im chodzi, ale grzecznie się słuchamy i czekamy, aż znikną za zakrętem odchodzący turyści.

No, panowie, gotowi? - pada pytanie. My, zaskoczeni, odpowiadamy nieskładnie: ale jak gotowi, na co gotowi, dlaczego, przecież trzeba czatownie rozłożyć, położyć się, zamaskować itd... I wtedy pada nieoczekiwana odpowiedź: nie, nic nie trzeba a zwłaszcza się chować czy ukrywać, trzeba tylko wiedzieć gdzie sóweczka ma swoje malutkie terytorium i kiedy będzie je zaciekle bronić.

soweczka glaucidium passerinum 4 20150826 1663609383
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Cezary Korkosz

A że jest wczesna wiosna, to każdy szanujący się samiec sóweczki już stoi na straży swojego ubiegłorocznego terytorium czekając na samicę lub już dzieli je z nią, jeśli tylko ona wróciła do swojego miejsca lęgowego. W przypadku ciężkiej i długiej zimy sóweczki koczują w niższych partiach gór a nawet zdarza się je spotykać polujące przy karmnikach czy przebywające na obrzeżach ludzkich siedzib. Zima to najokrutniejsza pora roku dla wszystkich leśnych zwierząt, a zwłaszcza tak małych ptaków.

Szybko rozkładamy statywy, aparaty i z niecierpliwością oczekujemy co też się wydarzy. A nasz gospodarz po prostu zaczyna sobie pogwizdywać. Raz, drugi, trzeci. I się zaczęło... O ciszy sprzed chwili nie ma mowy - cała leśna drobnica, czyli wszystkie okoliczne sikorki, kowaliki, pełzacze, rudziki, kosy i dzięcioły wraz z sójkami zaczynają dosłownie się drzeć i nerwowo skakać z gałęzi na gałąź. Powstał niezwykły tumult. Było widać i słychać, że coś wisi w powietrzu i coś się zaraz wydarzy... Po krótkiej chwili dobiega do nas identyczny gwizd, który sprawia wrażenie, jakby przedrzeźniał się z głosem naszego przewodnika. Słychać go z wysoka, z koron starych buków i jodeł i powoli przemieszcza się z drzewa na drzewo.

Słyszę gwizd bardzo wyraźnie ale jeszcze nic nie widzę. Nieustannie lustruję lornetką korony drzew w nadziei, że w końcu zobaczę tę najmniejszą z sów. Podekscytowanie moje jest tym większe że jeszcze nigdy z bliska nie widziałem sóweczki. Światło, niestety, nam nie sprzyja - znajdujemy się po zacienionej stronie góry.

soweczka glaucidium passerinum 5 20150826 1072469584
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Cezary Korkosz

Po chwili jesteśmy otoczeni leśną zgrają ptasiej drobnicy, a rudzik i czubatka siadają prawie na wyciągnięcie ręki od nas, tak jakby szukały u boku człowieka schronienia. Jestem oszołomiony tak wielką wrzawą w spokojnym jeszcze przed chwilą miejscu.

W końcu, po kilku minutach, jest! Pokazał się leśny duszek, sfrunął z wysokich koron drzew niżej, teraz siedzi jakieś 8 metrów nad moją głową i patrzy na nas. Jest piękny i faktycznie taki mały, niewiele większy od gila, który nie rzadko znajduje się w jego jadłospisie. Ofiary większe od niego samego, to też nie rzadkość w sóweczkowym menu.

To moje pierwsze tak bliskie spotkanie z sóweczką. Mogę się napatrzeć do woli i to na dodatek w dzień bo nocą ponoć sóweczka gorzej widzi od człowieka. Odnoszę wrażenie, że traktuje nas jak element lokalnego środowiska bo kompletnie się nas nie boi i nie traktuje nas jako zagrożenie. Szukam w głowie co też my możemy jej przypominać; tylko jedno przychodzi mi na myśl - pewnie wyglądamy jak stado jeleni.

soweczka glaucidium passerinum 6 20150826 1851560516
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Cezary Korkosz

Niestety na zdjęcia było za ciemno więc nawet nie próbowaliśmy ich robić. Spotkanie trwało dobre kilka minut, samiec pogwizdał sobie jeszcze w kilku swoich ulubionych miejscach i pewnie stwierdził, że odgonił potencjalnego rywala, który nie ma już odwagi odezwać się. I on, zwycięzca, zapewne zaimponował swojej wybrance swoją postawą.

Samiczka chyba rzeczywiście była urzeczona jego męstwem bo gdy wróciliśmy w to miejsce pod koniec czerwca, czyli w okresie wychowywania młodych, po krótkim szukaniu (a wiedzieliśmy czego szukać - dziupli po dzięciole dużym) znaleźliśmy dziupelkę lęgową, w której było najprawdopodobniej 5, a może więcej, młodych leśnych duszków. W ciągu dnia w pobliżu siedział samiec częściowo ukryty wśród gałęzi świerka, nie na tyle jednak, by nie obserwować pilnie dziupli i nasłuchiwać nawoływania samicy ze środka.

Wcześnie rano i późno wieczorem samica zaczynała cichutko pogwizdywać z wnętrza dziupli dając swojemu partnerowi znak do polowania. Samiec przynosił różne leśne stworzonka, między innymi myszki, nornice, sikorki, kowaliki, pliszki, dzięcioły. Raz nawet przyleciał z drozdem śpiewakiem, którego przekazał samicy. Od razu wiedziałem jednak, że ten posiłek nie może się udać. Ona, biedna, będąc wewnątrz dziupli dobre kilka minut męczyła się, żeby upolowanego ptaka wciągnąć do środka. Scena wyglądała przezabawnie ale efekt końcowy całego zamieszania był taki, że w końcu upuściła ofiarę, która pozostała pod dziuplą.

soweczka glaucidium passerinum 7 20150826 1355825428
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Cezary Korkosz

Sóweczki najpóźniej ze wszystkich sów przystępują do lęgów, zatem okres wychowywania i karmienia młodych przypada dla nich w doskonałym momencie, w czasie pokarmowej obfitości, gdy większość leśnych ptaków też ma pisklęta.   

Od tamtej pory minęło już kilka lat, a i świat się  sporo zmienił. W fotografii nastała era zdjęć cyfrowych. Dzisiaj już wiem, że robienie zdjęć to w dużej mierze przyjemność pokazywania ich innym ale wówczas wystarczyły mi tylko te obrazy, które zarejestrował mój wzrok i które na zawsze pozostały w mojej pamięci.

Trzepotała skrzydłami w zawisie nad poboczem ruchliwej drogi wypatrując gryzoni. Nornice co chwilę przebiegały wśród wyschniętych traw, wbiegały na nasyp i równie szybko znikały w dziurach. Wahnięcie w prawo, w lewo, powrót do zawisu. Nieostrożny gryzoń zdecydował się przebiec wstęgę asfaltu. Szybkie nurkowanie. Na szybie dużego samochodu pacnięcie i kilka drobnych piórek sklejonych kroplą krwi, kierowca pewnie ledwo zauważył. Po żwirowym poboczu potoczyła się pierzasta kulka. Stefan wracał ze sklepu prowadząc rower z zakupami, zobaczył leżącego ptaka, pochylił się i delikatnie podniósł dającą oznaki życia pustułkę, obejrzał, wyprostował przybrudzone, potargane, skrzydła, położył delikatnie ptaka na wierzchu koszyka z zakupami mrucząc coś pod nosem. W domu założył okulary i w świetle żarówki delikatnie sprawdzał skrzydła, oglądał małe ciałko. Nie jest źle, mruknął do siebie, układając ptaka w jednej z klatek.

pustulka 1 20150829 1644171478
Pustułka (Falco tinnunculus) © Bogusław Kotlarz

Przeraźliwy krzyk bitego dziecka przerwał sielankę popołudnia. Mały chłopiec uciekał przez ogród nie zważając na kolce agrestu, na rosnące pod płotem pokrzywy. Za nim zataczając się biegł ojciec wymachując wojskowym pasem. Brak deski w płocie uratował chłopca przed kolejnym razem. Stefan miał dużo zajęć, mieszkał sam. Po pracy doglądał swoje gospodarstwo, porządkował troszczył się o dom i kilku nieszczęśników, jak mawiał. Był młody dzik wyjęty z drucianej pętli, która zostawiła mu trudno gojącą się ranę na pysku, był koziołek z jednym okiem, kilka klatek z ptakami i Karol, kruk w wolierze. Chłopiec schował się pod deskami, skulony siedział pochlipując, bał się, bolało.

Stefan idąc do ptaków zauważył wystraszonego dzieciaka, zatrzymał się popatrzył i poszedł do klatek. Wracając znów się zatrzymał i powiedział „choć, zjesz coś?” Dzieciak wygramolił się spod desek i bez słowa poszedł za nim. Na stole z grubo heblowanych desek w świetle schyłku dnia pojawił się chleb i pęto suszonej kiełbasy - jedz powiedział, jedz zaraz zrobię herbatę. Dzieciak patrzył wielkimi oczami - jedz mówię, nie bój się. Stefan nie miał dzieci, nie miał rodziny, tak wyszło, gdzieś w wichrach losu pogubiła się, został sam. Z przyjemnością patrzył jak pożywienie znikało w umorusanej buzi. Wiesz możesz tu przychodzić kiedy zechcesz, nikomu nie powiem.

pustulka 2 20150829 1446292936
Pustułka (Falco tinnunculus) © Bogusław Kotlarz

Pustułka dochodziła do siebie w kącie klatki poruszając co chwilę obandażowanym skrzydłem. Minęło kilka dni. Przez dziurę w płocie przyszedł dzieciak, patrzył długo, zastanawiał się widząc Stefana rąbiącego drwa na opał. No chodź, dobrze że jesteś, idę karmić ptaki, chodź, powiedział odkładając wbitą w rozszczepione polano siekierę. Pustułka na widok nieznajomego poruszyła się z niepokojem i cofnęła w kąt. Stefan otworzył klatkę wziął ptaka na rękawicę i pokazał dziecku. Patrz piękna jest, boi się. Dzieciak z wahaniem wyciągnął rękę by pogłaskać i cofnął ja szybko w obawie przed dziobem i szponami. Pustułka wróciła do klatki. Stefan po kolei karmił ptaki, nasypał dzikowi, przyniósł siana koziołkowi. Dzieciak towarzyszył przy tych zajęciach, odchodząc powiedział: "fajny ten ptak jutro też przyjdę". Stefan patrzył, jak chłopiec przechodzi przez dziurę w płocie do siebie.

Skrzydło pustułki wydobrzało, przyzwyczaiła się do codziennych odwiedzin chłopca, przynosił jej smakołyki. Jakiś mały kawałek mięsa, kosztem własnego obiadu, zabrany pod nieuwagę mamy. Stefan wiele lat opiekował się nieszczęśnikami jednak pierwszy raz bał się dnia kiedy będzie trzeba wrócić przyrodzie ptaka. Już nie mieszkała w klatce, w obszernej wolierze ćwiczyła uszkodzone skrzydło, przelatywała z konara na konar drzew postawionych w rogach woliery, nawoływała. Wiesz, ona już chce wrócić do siebie, powiedział któregoś dnia do chłopca. W niedzielę rano mgła spowijała okolicę, tylko wieża kościoła wystawała ponad zawoalowaną krainę. Chłopiec przyszedł jak zwykle. Do płotu prowadziła wydeptana ścieżka, minął dom, szopę z narzędziami, stanął i patrzył, ptak poruszył się niespokojnie w głębi woliery.

pustulka 3 20150829 1626198813
Pustułka
(Falco tinnunculus)
© Grzegorz Sawko

Stefan widząc chłopca nałożył kurtkę, zszedł po skrzypiących schodach z poddasza drewnianego domu, podszedł do dzieciaka. Chyba wypuścimy ją dzisiaj, powiedział stając obok. Powoli zakładał rękawicę, powoli otwierał wolierę. Dzieciak patrzył bez słowa. Za miastem było ciszej, samochody przemykały obok z szumem, zjechali z asfaltu. Piaszczysta droga prowadziła w zagospodarowane przez rolników pola, w miejsce niedaleko leśnego parkingu gdzie znalazł poturbowanego ptaka. Równe rzędy roślin prowadziły do lasu otoczonego pasmem łąk i zdziczałych zarośli. Zatrzymali się przy pierwszych brzozach, spracowany samochód zaskrzypiał w przechyle na poboczu. Stefan założył chłopcu na rękę wielką rękawicę, delikatnie posadził mu na niej ptaka. Dzieciak patrzył bez słowa, pustułka siedziała spokojnie z kapturem na oczach. Podeszli na skraj polany. Zdejmę jej kaptur a ty pozwolisz jej odlecieć.

Chłopiec odwrócił się i podszedł wolno na skraj zarośli, czując zaciskające się na palcu szpony. Stefan zdjął kaptur ptakowi, dzieciak patrzył podziwiając z bliska upierzenie, bystre spojrzenie, szpony sokoła i po chwili jakby nie chcący, odruchowo poruszył ramieniem. Ptak poderwał się do lotu, zniżył nad łąką wzniósł się i zniknął zaraz pośród pobliskich drzew. Stali przez jakiś czas bez słowa, patrząc za ptakiem. Stefan przytulił chłopca. Zrobiłeś coś niezwykłego, powiedział, oddałeś mu coś co było najcenniejsze, wszystko co miał - wolność.