wiosenne roztopy 5 20150823 1171313967
Wiosenne roztopy
© Kazimierz Pańszczyk

Pod koniec stycznia wybrałem się na pluszcza, którego wcześniej regularnie widywałem nad wodami Dunajca. Jednak zanim doszło do spotkania moją uwagę przykuła zupełnie inna, nie mająca jakiegokolwiek związku z tym ptakiem sprawa. Otóż wpław przez Dunajec przechodził jakiś młody człowiek, oczywiście nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że był środek zimy, a most znajdował się zaledwie 300m niżej! Zatrzymałem się i zacząłem obserwować poczynania tego młodego człowieka. Przeszedł przez wodę dosyć sprawnie, pomyślałem wówczas, że być może jest to przyszły adept zimowych kąpieli. Z drugiej jednak strony podziwiam takich ludzi, ponieważ w młodości też miałem podobnie zwariowane pomysły przechodzenia bosą nogą przez Dunajec. Problemem nie był początek, a raczej koniec przeprawy, albowiem dawał się we znaki potworny ból za sprawą lodowato zimnej wody. No, ale to była młodość, która miała przecież prawo być zwariowana. Niemniej ten młody człowiek przypomniał mi o kilku równie mokrych i zimnych epizodach fotograficznych.

Jak wszyscy wiemy sukces w fotografii przyrodniczej w głównej mierze jest wypadkową cierpliwości, uporu, hartu ducha i pomysłu. Oczywiście bez odpowiedniego sprzętu też nic nie zdziałamy. Wspomniana całość musi współgrać, w przeciwnym wypadku zaliczymy się - co najwyżej - do przeciętnych foto pstrykaczy. A to, że systematyka, upartość, siła woli jak i też niezłomne dążenie do celu dają pożądane efekty, wie zapewne nie jeden foto-przyrodnik.

wiosenne roztopy 2 20150823 1078643547
Panorama z górami
© Kazimierz Pańszczyk

Kilka lat temu, kiedy można jeszcze było fotografować cietrzewie, zaprosiłem w ramach wymiany zdjęciowej znajomego foto-przyrodnika z centralnej Polski na toki cietrzewi. Po raz pierwszy wybraliśmy się już w pierwszej dekadzie marca. Ponieważ marcowe roztopy sprawiły, że musieliśmy iść inną, mało znaną drogą, w dodatku poruszaliśmy się nocą, to wszystko niosło ze sobą pewną dozę niepewności. Objuczeni sprzętem poruszaliśmy się we trójkę mokrymi polami, na których zalegały jeszcze spore jęzory śniegu. W pewnym momencie mała grobla, w zasadzie niewidoczny ciek wodny okazał się przykrą pułapką dla naszego gościa. Jan wpadł po kolana do wody aż chlupnęło, niestety na szybką reakcję było już za późno, w butach była już woda. Oczywiście w zaistniałej sytuacji zaproponowałem powrót do domu, albowiem nie miało najmniejszego sensu siedzenie w namiocie kilku godzin przy minusowych temperaturach. Ale gdzie tam, nie było nawet o tym mowy. Decyzja Jana była jednoznaczna i zdecydowana. IDZIEMY DALEJ I KONIEC. Przyznam, że trochę się martwiłem, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Jak się później okazało robiliśmy ciche zakłady z moim kolegą Ludwikiem, który pomagał zataszczyć nam wóczas niezbędny sprzęt. Ciekawiło nas czy nasz gość, skądinąd mieszczuch z centralnej Polski, wysiedzi w namiocie, czy też skapituluje. Wytrzyma, czy pęknie? Cietrzewie co prawda dopisały, niemniej jednak nie jest to jeszcze dostateczny argument na dobrowolne katowanie się z zimna. No, muszę przyznać, że wówczas nie doceniłem niezłomnej woli Jana. Nie dosyć, że wysiedział w mokrych butach w nieocieplanym namiocie przez ponad 4 godziny przy –3 stopniowym mrozie, to jeszcze zrobił kilka bardzo ciekawych ujęć! Ktoś powie, że to kompletna wariacja. W zasadzie i tak, i nie. Niemniej jednak musimy pamiętać, że gdyby nie upartość i niezłomna wola, to człowiek być może siedziałby dopiero o dwie gałęzie niżej, gdzieś tam na skraju gabońskiej dżungli. A tak, ludzkość dzięki uporowi i pionierskim posunięciom zdołała wzbić się w kosmos czy ot, chociażby skonstruować „krzemowy pędzel ze szklanym oczkiem” którym to dzisiaj możemy malować tak cudowne obrazy przyrody. Janek, mówiąc najoględniej, to nie tylko ptasi miłośnik i uparciuch, na domiar ma jeszcze znakomite cechy które w dzisiejszych czasach są już niemal osobowym reliktem. Mowa tu o systematyczności i punktualności, a raz danego słowa nie zmienia. Ktoś powie, że nie ma to większego znaczenia w ptasiej fotografii. Trzeba jedna pamiętać, że już samo zjawienie się w plenerze o brzasku dnia dyscyplinuje i wyrabia poczucie obowiązku. Systematyczność i nieodparta chęć chłonięcia dzikiego świata to jest to z czym każdy foto-przyrodnik prędzej czy później musi się zmierzyć. Bez pewnych wyrzeczeń, zimna, głodu i dziesiątek niepowodzeń nie poczujemy ducha tych polnych obrazów. Niejednokrotnie wyziębieni, przemoczeni, ale też bardzo zadowoleni jesteśmy z sytuacji o której inni powiedzą, że to istne szaleństwo. Niestety, każda nawet najcudowniejsza rzecz niesie za sobą pewne wyzwania. Niejednokrotnie koszty trudno jest zrównoważyć, albowiem nie istnieje miara, którą dałoby się coś takiego zmierzyć. Miłość, sukces zawodowy, stworzenia dzieła zarówno tego wielkiego jak i zupełnie małego zawsze okupione jest większym lub mniejszym wyrzeczeniem. Zakładając nawet, że pewne osoby są obdarzone talentem widzenia, to i tak swoje muszą przejść, zanim stworzą taki obraz, który zachwyci innych. Ale zrobiło się nam jakoś sucho i naukowo, a przecież miała być mokro i zimno.

wiosenne roztopy 4 20150823 1660340245
Szybownik
© Kazimierz Pańszczyk

A zatem wróćmy do prawdziwej marcowej kąpieli. Moją przygodę zimowej kąpieli opisałem już we wcześniejszym w felietoniku „trudy zimowej fotografii”, dlatego też ze zrozumiałych względów nie będę do tego wracał. Teraz czas na umoczenie Ludwika, z naszej trójki nie może pozostać przecież nikt suchy. Jak wszyscy to wszyscy. A zatem był marzec roku 1984. w ogromnym trudzie zdobyty, a w zasadzie wystany sprzęt fotograficzny w postaci Zenita TTL i obiektywu JUPITER-135 i nieco dłuższy 4\200mm. stanowiły nie lada skarb fotoamatora. Ci co pamiętają tamte czasy wiedzą jak ciężko było zdobyć dłuższą optykę. Człowiek naprawdę się cieszył jak udało mu się wystać kawałek ruskiego szkła. Przychodziło się do sklepu, oczywiście sprzedawczyni znała już niemal każdą gębę w mieście związaną z fotografią i traktowała nas jak zło konieczne, a człek tylko ciągle tam łazi i łaził, grzecznie pytając:
- Czy doszły może jakieś obiektywy?
- Nie doszły.... Odpowiadała zdecydowanym i twardym głosem sprzedawczyni...
- A kiedy coś pani dojdzie?
r - Nie wiem!!!
- A czy za dwa tygodnie coś państwo dostaniecie?
- Nie wiem!!!
- A może jednak coś doszło?
- Czy ja mówię nie wyraźnie, PRZECIEŻ MÓWIĘ, ŻE NIC NIE DOSZŁO!!!

No cóż, za dwa tygodnie była kolejna wyprawa i dalszy ciąg zakłóceń przez kilku miejscowych foto-terrorystów. Tymczasem dzisiaj zamawia się przez internet mniej lub bardziej plastikowego Nikona, za trzy dni puka kurier z paczką i to ma być przygoda? Czy tak zdobyty sprzęt może budzić jakikolwiek respekt, smak czy szacunek? Łeee...

Wróćmy jednak do zasadniczej sprawy, a mianowicie do tego czy lodowate ciecz zwana potocznie wodą może być równie bliska fotografowi jak koszula ciału. Jak pamiętam był bardzo ciepły słoneczny marcowy dzień. Pada hasło, idziemy na zdjęcia do boru? Oczywiście odzew mógł być tylko jeden. IDZIEMY!

wiosenne roztopy 3 20150823 1121570028
Popatrz na mnie!
© Kazimierz Pańszczyk

Młodemu człowiekowi jak wiemy zawsze się spieszy nikt przecież nie będzie się wlókł do mostu tylko po to, aby tracić bezcenny z fotograficznego punktu widzenia czas. Błyskawiczna i jednoznaczna decyzją przechodzimy przez rzekę. Na progach woda mimo roztopów nie sięgała jeszcze kolan, a zatem najwyraźniej dałoby się przeprawić. Niestety nie wzięliśmy poprawki, że zimą nazbierało się trochę śliskiego szlamu. Ja przechodziłem nieco niżej, było co prawda nie ciekawie, mała ekwilibrystyka, ale udało się szczęśliwie dotrzeć na drugi brzeg.

Zadowolony chciałem krzyknąć Ludwikowi, że tu jest całkiem przyzwoicie, jednak w pierwszej chwili nie wiedziałem gdzie się podział. Nagle widzę, że coś dryfuje środkiem Dunajca! A niech to, przecież to torba Ludwika z ruskimi skarbami płynie w najlepsze, a za nią sam właściciel bliżej nie określonym stylem „ciągnie” w lodowatej wodzie, łykając powietrze jak karp. Za progiem na płyciźnie wreszcie dopada torbę, wydostaje się szybko na brzeg i pierwsze co sprawdza to czy sprzęt jeszcze nadaje się do czegokolwiek. Po wyjściu z wody lało się z kolegi jak ze starej strażackiej pompy, ale co tam, najważniejsze, że porządna enerdowska torba okazała się nie jakimś tam stilonowym badziewiem lecz solidnie wykonaną torbą fotograficzną. Na szczęście sprzęt, który „zdiełano w USSR” opatulony we wschodnioniemiecką skóropodobną torbę, okazał się nienaruszony. Niestety w zaistniałej sytuacji znaleźliśmy się po dwóch przeciwległych stronach rzeki. Ludwik jednak szybko rozwiązał problem krzycząc: „czekaj tam, biegnę do domu się przebrać i zaraz wracam!” Po mniej więcej trzydziestu minutach był już z powrotem. Kolejne emocje przy drugim podejściu, ale na szczęście tym razem wszystko poszło dobrze. No, po udanej przeprawie jak to się mówi, mogliśmy z mokrymi pogadać. Powrócił humor i uśmiech na twarzy, bez żadnego już ryzyka ruszyliśmy na nasze ulubione śródleśne torfowisko.

wiosenne roztopy 1 20150823 1541676225
Kacze sprawy
© Kazimierz Pańszczyk

Czy owego dnia udało się nam coś zaczarować na celuloidowej taśmie? Niestety już nie pamiętam. Ale jak widzimy zapał, systematyka, ciągła praca mimo przewrotnych sytuacji prędzej czy później dadzą pozytywne efekty. Ot chociażby moje gryzmoły o przyrodzie to nic innego jak wieloletni nieuleczalny już syndrom zauroczenia tym dzikim światem. Oczywiście nikogo nie namawiam na iście ryzykanckie podejście do fotografii. Zawsze, ale to zawsze trzeba uważać, ale jeśli mimo tego przytrafi się nam jakaś chwilowa foto-porażka to jeszcze nie powód aby się od razu poddać. Jak to mawiają rasowi foto-przyrodnicy zdjęcia dobrze wysiedziane, wymoczone i wymrożone zawsze najdłużej się pamięta.

gesi w opalach 1 20150823 1635494404
Stado na spacerze
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Przede mną równa jak stół, porośnięta lichą, kusą trawą powierzchnia tak zwanego wioskowego pastwiska. Z wysokości stojącego na skraju nasypu szosy samochodu ogarniam je wzrokiem całkowicie – aż do miejsca, gdzie ustępuje kłębowisku zmierzwionych kęp turzyc na rozciągłym dalej, ogromnym mokradle. Pastwisko wioskowe to takie, z którego kiedyś korzystała cała wieś, spędzając tu wspólny tabun bydła, strzeżony każdego dnia przez innego, dyżurnego pastucha. Ale to przeszłość. Dziś są inne krowy, inne pastwiska i standardy wioskowej współpracy. Toteż pastwisko opustoszało, nie przewalają się po nim łaciate postacie, a ponad nimi nie koziołkują liczne kiedyś czajki, jakoś nie umiejące żyć bez bliskości krowy. A przede wszystkim nie bieleją, dawniej co dzień tu obecne grupy wioskowych gęsi. Dla mnie kiedyś ta marna na oko przestrzeń była jak scena, na którą z okolicznych szuwarów co rusz występowali przeróżni, zwykle skrzydlaci aktorzy których niczym z balkonu w teatrze śledziłem przez lornetkę, choć oczywiście mocniejszą od teatralnej. Teraz jednak scena wydaje się pusta. Patrzę znudzony i nie wiem jeszcze, że spektakl zaraz owszem, będzie. Będą też gęsi i będzie śnieżna biel, tylko że teraz gęsi i ta biel wystąpią osobno.

Rosa, grubo okrywająca trawy nie zdążyła dobrze obeschnąć w porannym słońcu, gdy z najbliższego, szczelnie osłoniętego turzycowym szuwarem oczka na tę scenę wysypała się para gęsi z dużą gromadą puchatych jeszcze piskląt. Ale nie wioskowych gąsek, nie! Najprawdziwszych, szarych gęsi gęgaw. Gęś domowa, to nic innego, jak udomowiona forma gęsi gęgawy, która w trakcie setek tysięcy pokoleń bytowania przy człowieku stała się albinosem, zatracając niepotrzebne już barwy ochronne. Teraz widzę je tu jednak w całej krasie. Gęś gęgawa, najprawdziwsza dzika gęgawa zamiast pospolitej gąski domowej – toż to widok w tym miejscu jeszcze kilkanaście lat temu niespotykany. Bo i gęgawa była w tych stronach, w pobliżu wideł Narwi i Biebrzy niebywałą rzadkością. A dziś? Zaczyna być wręcz ptasim pospólstwem. Pary lęgną się nie tylko w bezkresnych szuwarach, gdzie oczywiście jest ich najwięcej, ale tez na niewielkich oczkach wśród łąk. Potrafią wysiadywać gniazda na oczach ludzkich tuż przy drogach, a potem w otoczeniu młodych defilować po tychże drogach albo po polach wśród zieleniejących wiosną ozimin. Ba, gniazda miewają nawet na mokradłach wśród lasu, zwłaszcza tam, gdzie bobry potworzyły zalewy, a potem widzimy gęsie rodziny spacerujące przez sosnowy młodnik lub monokulturę świerkowych choinek. Prawdziwa gęsia rewolucja!

gesi w opalach 2 20150823 1313593141
Lądowanie
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Jakby dla potwierdzenia tej eksplozji wśród szuwarów zauważam dwa ciemne haki, które po chwili okazują się szyjami kolejnej rodzicielskiej pary gęsi. I one wylegają na ugór, a za nimi wysypuje się chyba jeszcze większa od poprzedniej gromada zielonożółtych gąsiąt. Obie rodziny rozkwaterowują się wokół siebie zgodnie, tylko gąsiory coś tam jakby do siebie gadają, ale bez agresywnych zaczepek. Każda para delikatnie zagarnia swój przychówek do siebie, choć nie mam pewności, czy mimo wszystko rodziny się nie mieszają. Ale one mają widać inne wyobrażenie o organizacji, niż my. A już na pewno, niż fotograf przyrody. Bo to, co dla gęsi jest już najwyraźniej wzorowym ładem, godnym przyzwoitej ptasiej rodziny, dla mnie jest rozpaczliwym chaosem, bo prawie nigdy grupa pierzastych indywiduów nie układa się zgrabnie. Do tego wkrótce dołączają kolejne rodziny – ileż tych ptaków musiało gniazdować wśród pobliskich mokradeł! Ale dla mnie ten tłok, to wątpliwy powód do radości. Ręka drętwieje od wodzenia teleobiektywem umocowanym na przerzuconym przez szybę woreczku z fasolą, padają strzały, ale wciąż brak upragnionej, kompozycyjnej harmonii. Kto sam fotografuje, wie, o czym mowa. To uboczny efekt upragnionego skądinąd bogactwa – zbyt wielu modeli w kadrze, a każdy żyje swoim życiem. Do tego dość monotonnym. Gdzieś po godzinie wydłubywania z tej gęgającej i piszczącej społeczności co zgrabniejszych ustawień zaczynam być najszczerzej znudzony, myślę, że nie mniej, niż dawni tutejsi pastuszkowie gęsi domowych, dla zabicia czasu oddający się poszukiwaniem i opróżnianiem gniazd czajek i rycyków. Ale nie wiem, że coś tutaj dopiero się zacznie.

Bo oto na pasemku wody, połyskującym wśród rozczochranych turzycowych kęp z hałasem ląduje para łabędzi krzykliwych. Ich klangor szybko zagłusza swojskie gęgania – nazwa krzykliwy wszakże zobowiązuje... Ptaszyska rozsiadają się dostojnie na płyciźnie i dalej tokować. To jest widok! Dwa osobniki wyciągają nie tylko szyje, ale i całe sylwetki, wymachują skrzydłami i ustawiają naprzeciw siebie dziób w dziób, przystępując do dla nich tylko zrozumiałego dialogu, którego treści jednak teraz, w porze lęgowej możemy się bez trudu domyślić. Co rusz prężą się w tych dumnych pozach i nie dojdziesz, kto tu samcem, kto samicą. Ale jest mi to na razie na rękę, bo para tworzy symetryczny układ sylwetek, jakże pożądany dla zgrabnego kadru. Aż szkoda, że są odrobinę za daleko. Ale to i tak uczta dla obiektywu, choć przede wszystkim dla oka. Zależy zresztą czyjego. Gęsi pozostają obojętne na to widowisko, które dosłownie spadło im z nieba. Ale wkrótce, wbrew własnej woli zresztą, obojętne być przestaną.

gesi w opalach 4 20150823 1173657204
Zjeżdżaj mały!
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Bo choć tokujące z głośnymi fanfarami łabędzie wykonują identyczne gesty, jakby tworzyły swe lustrzane odbicia, to jednak samiec musi w końcu okazać się samcem. Czyli pokazać światu, że godowy taniec tańcem, ale ponadto jest się silnym i dzierży nie w ręku może, ale raczej w skrzydłach i dziobie władzę. Gdy bowiem para przerywa romantyczny popis, samiec naraz z furią rusza na najbliższego gąsiora. Zaskoczona rodzina gęsi salwuje się ucieczką w szuwary. Ale rozochocony łabędź nie zdołał jeszcze rozładować wzbierającej w nim agresji. Przegania następne pary, a co bardziej krnąbrne, próbujące się stawiać gąsiory ściga do upadłego, goniąc zakosami po łące i tłukąc skrzydłami. Po minucie, dwóch scena pustoszeje. Nie do wiary, w jakim tempie i jak skutecznie wszystkie gęsi pochowały się wśród wybujałych turzyc. Pan łabędź powraca teraz do swojej, dość obojętnie spozierającej na to wszystko oblubienicy z głośną fanfarą zwycięstwa, wątpliwego zresztą wobec dużej różnicy rozmiarów i krzepy między gęsią a łabędziem.

Łabędź krzykliwy od dawna znany jest z agresywności. Istnieje opinia, nawet wśród pracowników stawów rybnych, że gdy sprowadzą się gdzieś łabędzie krzykliwe, ustępują stamtąd swojskie łabędzie nieme. Nie zawsze tak bywa, ale w tej obserwacji coś jest. Krzykliwiec, największy i najmocniejszy z europejskich łabędzi, w swej ojczyźnie, czyli na subarktycznej północy, zasiedla przezroczyste, ubogie w pokarm jeziora wśród mszarów. Musi więc bronić zaciekle mało zasobnego, z trudem żywiącego rodzinę rewiru przed innymi łabędziami. Te agresywne skłonności przyniósł, sprowadzając się do nas. Więc goni inne łabędzie, a jak się nawinie pomniejszy, nawet bogu ducha winny przedstawiciel blaszkodziobych, to też czemu nie...

gesi w opalach 3 20150823 1666690872
Nareszcie spokój...
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Popatrując teraz na opustoszałą łąkę myślę, że to naprawdę swego rodzaju scena teatru natury. Taka scena, na której można śledzić, jak toczy się historia. I ludzka, i ptasia. Lustrując to miejsce od dziesięcioleci, widzę jak zmieniła się gospodarka rolna w tej niedawnej Polsce B. Ale też – jak w ciągu zaledwie 20-30 lat zmienił się świat ptasi. Przedtem o łabędziach krzykliwych, jak i ich samych, nikt nie słyszał. I nikomu nie śniło się, że dzikie gęgawy będą spacerować koło dróg w miejsce wioskowych gąsek! Dzisiejszy spektakl na tej scenie nasunął też myśl niewesołą, obecną zresztą nieraz i na scenach naszych, ludzkich teatrów: że na świecie niełatwo o pokój...

Była połowa marca 2013 r. Śnieg w Puszczy Solskiej całkowicie już stopniał i zapowiadała się wczesna wiosna, a więc i wczesne toki głuszców. Postanowiłem, że w tym roku rozstawię czatownię trochę wcześniej, niż zwykle. Jednak, jak się później okazało, nie był to najlepszy pomysł, bo pod koniec marca zima zagościła na nowo. Tym razem spłynęła znacznie hojniej otulając grubą warstwą śniegu puszczę. W ciągu dwóch dni pojawiła się czterdziestocentymetrowa pokrywa białego puchu nie tylko na Roztoczu i w jego okolicach. Drzewa uginały się pod ciężarem śniegu. Z tego właśnie powodu zaplanowany na początek kwietnia urlop nie zapowiadał się ciekawie - miałem przecież obserwować toki głuszców. A tu aura nie taka! O tej porze roku?! Wiosna tylko w kalendarzu… Darmo szukać jej w naturze… Za oknem śnieg po kolana i ciągle minusowa temperatura.

Mimo niesprzyjających warunków postanowiłem jechać na ten od dawna wyczekiwany i wymarzony urlop właśnie do puszczy - na tokowisko. Wybierałem się w drogę z przekonaniem, że im gorsza będzie pogoda, tym ciekawsze okażą się zdjęcia. Załadowałem sprzętem po sam dach moją terenówkę i ruszyłem w stronę Puszczy Solskiej. Gdy dotarłem na skraj lasu, okazało się, że leśne drogi są w ogóle nieodśnieżone. Ta sama warstwa puszystego i sypkiego śniegu leżała i tutaj. Pomyślałem wtedy, że to niestety koniec mojej podróży. Jednak nie byłbym sobą, gdybym chociaż nie próbował dotrzeć do celu. Włączyłem więc napęd na cztery koła, wziąłem lekki rozpęd i ruszyłem pełnym gazem na leśną utwardzoną drogę. Ku mojemu zdziwieniu - dało się jechać! Pokonałem w ten sposób 15 km drogi. I wszystko byłoby w porządku, gdybym nie musiał od czasu do czasu zatrzymywać się. W takich sytuacjach zmuszony byłem cofać i znowu ruszać z rozpędu do przodu. Jednak na mej drodze pojawiło się wzniesienie i wówczas wóz odmówił posłuszeństwa. Po prostu stanął i dalej ani rusz! To był koniec jazdy. Pozostało mi spakować do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyć z „buta”.

Do tokowiska pozostało ok 5 km nieprzetartego szlaku. Robiło się ciemno, więc pomyślałem, że to dobrze, bo i tak wieczorem nie można wchodzić na tokowisko, ponieważ można spłoszyć „zapadające” głuszce. Są bowiem dwie bezpieczne pory, w których można bez płoszenia owych ptaków wejść na tokowisko - jest to środek dnia albo właśnie noc. Ten odcinek drogi pokonywałem żółwim tempem. Jednak najtrudniejszy do przejścia został jego końcowy fragment. Ostatnie 500 m trzeba było przedzierać się przez torfowisko, które prawie nigdy nie zamarza. Gdy się wchodzi na nie w zimie, jest miękko i nigdy nie wiadomo, jak głęboko człowiek ugrzęźnie - do kolan, do pasa, czy może zapadnie po szyję? Na szczęście tym razem nogi grzęzły tylko do kolan.

Gdy w końcu dotarłem na miejsce, a przynajmniej tak mi się wydawało, była już noc. Gwieździste niebo rozświetlało tu i ówdzie leśny mrok, biel śniegu odbijała niewielkie ilości światła podświetlając nieco okolicę. Nie szedłem więc po omacku. Po mojej budzie nie było ani śladu, wszystko wokół było białe. Straciłem już pewność siebie i nie wiedziałem, czy to jest na pewno to miejsce, do którego miałem dotrzeć. Po chwili zorientowałem się jednak, że buda jest, tyle tylko, że pod naporem ciężkiego śniegu po prostu zawaliła się. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zabrać się za jej odkopywanie i rozpoczęcie budowy od nowa. Nie było to jednak proste z powodu połamanego stelaża. Ale taśma i kilka gałęzi załatwiły sprawę. Moja czatownia nie wyglądała jak nowa, ale najważniejsze teraz było to, że stała i można było się w niej ukryć. Pozostało już tylko wpakować się z całym dobytkiem do środka, rozstawić aparaty na statywach i schować się w cieplutkim śpiworze. Nocy nie pozostało już za wiele, ale wyczerpany wędrówką zasnąłem w mgnieniu oka.

Ranek obudził mnie trzaskającym mrozem. W nocy nie odczuwałem zimna rozgrzany marszem i naprawą czatowni, teraz jednak mróz dawał się ostro we znaki. Ciężko było się przełamać, by wystawić choć czubek nosa ze śpiwora. Jednak, gdy usłyszałem krechtanie głuszca, wyskoczyłem z niego jak poparzony. Przyłożyłem oko do siatki maskującej i zobaczyłem go. Siedział na sośnie nie dalej jak 50m ode mnie, jednak nie tokował, tylko zakrechtał kilka razy, poskubał igiełki i sfrunął na ziemię. Niestety, w gęstym lesie i oczywiście poza zasięgiem obiektywu. To było wszystko, co zobaczyłem tego dnia. Kilka następnych było podobnych - koguty były, ale zawsze nie tam, gdzie trzeba. A to za krzakiem, a to za budą - ciągle coś nie tak. Czatownia stała trzeci rok w tym samym miejscu. Ustawiłem ją na skraju otwartej polanki, na której w poprzednich latach tokował jeden z najmocniejszych kogutów. Jednak w tym roku, jak się okazało, nie pojawił się.

Uznałem, że powodem była iście zimowa aura. I że nie wszystkie tokowiki w tym samym czasie przylatują na tokowisko. Pamiętałem, że "mój" kogut był zawsze jednym z pierwszych, więc uświadomiłem sobie, że zszedł ze sceny i go już więcej nie będzie. Na ogół w takich przypadkach jakiś inny, młodszy kogut przejmuje terytorium tego poprzedniego, ale jak zwykle - wymaga to czasu. Czekałem więc przez kolejne dni, ciągle jednak było dużo śniegu i tokowisko nie mogło rozkręcić się na całego. W ogóle nie pojawiały się kury, a zatem koguty tokowały słabo i krótko. Były też dni, kiedy wcale nie tokowały. Minęło 10 z szesnastu dni mojego urlopu, a ja miałem tylko kilka zdjęć dokumentacyjnych, na których ledwo można było rozpoznać, że jest to głuszec.

Głuszec (Tetrao urogallus)
Może pozował? Głuszec (Tetrao urogallus) ˆ Marcin Lenart

Kolejnego jednak dnia, a był to jedenasty kwietnia, niespodziewanie jeden z samców wyszedł na moją polankę, na której było jeszcze ok 20 cm śniegu. Robiłem zdjęcia tokującemu ptakowi właśnie w takiej scenerii, jednak słońce było już wysoko i nie wyszły one tak, jakbym sobie tego życzył. Kolejne trzy dni minęły znów tylko na obserwacjach. Zero zdjęć! Czas w budzie dłużył mi się niemiłosiernie, a frustracja z braku jakichkolwiek fotek sięgnęła zenitu. Ostatecznie na dwa dni przed końcem urlopu postanowiłem przenieść czatownię w inne miejsce. I to był strzał w dziesiątkę. Pierwszy świt w nowym miejscu. Wstałem, jak zwykle, jeszcze przed wschodem słońca i czekałem. Wpatrywałem się w ośnieżony pejzaż, czekając na głuszca, jak na zbawienie. Czas dłużył się niemiłosiernie. W końcu pojawił się kogut. Wskoczył na przewróconą sosnę i zaczął krechtać. Odległość była idealna. Zrobiłem więc serię zdjęć, a kogut ciągle krechtał bez opamiętania. Postanowiłem nakręcić filmik. Najpierw jeden, potem drugi. Ptak ciągle siedział na sośnie i czuł się zupełnie swobodnie. Był w centrum swojej areny i wszystko wskazywało na to, że nie miał pojęcia o moim istnieniu. A może pozował? Kto to wie?

Był 16 kwietnia. O tej porze w poprzednich latach zwijałem czatownię, bo kończyły się toki. Ten rok był jednak zupełnie inny. Wyglądało na to, że tokowisko się dopiero rozkręcało. Robiło się coraz cieplej. Resztki śniegu topniały w oczach i pojawiły się pierwsze kury. A ja nie mogłem pogodzić się z tym, że kończył mi się urlop. Musiałem wracać do pracy, a wymarzonego zdjęcia ciągle nie było. Jechałem do domu z wielkim niedosytem i lekkim rozczarowaniem. Pomimo wszystko postanowiłem, że tak łatwo nie odpuszczę. W pracy dogadałem się z kolegami (chyba mnie rozumieją, choć czasami wydaje mi się, że moje hobby traktują niekiedy z przymrużeniem oka) i zamieniliśmy się na służby. Dzięki temu udało mi się wygospodarować kolejne dwa dni na wyjazd. Jak się potem okazało, właśnie te dwa dni były naprawdę wyjątkowe: głuszce tokowały do dwunastej w południe i to przed samym obiektywem. Aż trudno uwierzyć! Szok! Od czasu do czasu szczypałem się w policzek, czy to nie sen. Aparaty po prostu nie stygły. Zrobiłem setki zdjęć. Ale jedno już po wstępnej selekcji wydawało mi się ciekawe, bo inne, niż wszystkie. Ne widziałem do tej pory zdjęcia głuszca z podobnym cieniem na skrzydle. Wydało mi się takie oryginalne. Jak się później okazało, nie tylko mnie.

Bocian czarny jest dla mnie wyzwaniem, z którym wielokrotnie próbowałem się zmierzyć w mojej fotograficznej karierze. Nad Odrą, kilka kilometrów od mojego domu mam swój ulubiony rewir fotograficzny. Są to niewielkie zagłębienia w międzywalu Odry nazywane przez nas (mnie i kolegów tam fotografujących) „stawkami”, utworzone w 2000 roku podczas remontu wałów przeciwpowodziowych. Wówczas wybrano tam ziemię, którą zużyto na podwyższenie owałowań, tworząc tym samym niewielkie, może półhektarowe zbiorniki wodne w kształcie kwadratów. Jest ich tam 6, oddzielonych od siebie niby to groblami. Z uwagi na ich położenie w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki poziom wody w nich kształtowany jest właśnie przez Odrę. Wraz ze wzrostem lub spadkiem wody w Odrze wzrasta lub maleje poziom wody w owych zbiornikach.

Bocian czarny (Ciconia nigra)
Bocian czarny (Ciconia nigra) © Grzegorz Sawko

Podczas wiosennych roztopów i dużych przyborów wody zbiorniki są całkowicie zalewane i łączą się z rzeką. Jest to szansa na wymianę gatunkową wodnej fauny. Do zbiorników wpływają wówczas ryby, które wraz ze spadkiem poziomu wody zostają uwięzione i skazane na czasem bardzo krótką egzystencję w małej przestrzeni, stając się celem polowań ptaków. W suchych okresach, bez większych opadów i przy niskim poziomie wody w Odrze, również stawki powoli wysychają odsłaniając namuliska. Woda „kipi” od ryb, które tracąc obszar do życia zbijają się w gromadę i walczą o pozostały mokry fragment. W tym okresie stawki stają się areną polowań czapli siwych i białych, a także bocianów, zarówno białych jak i czarnych. Te drugie pojawiają się tam regularnie od kilku lat. Pierwszy raz zauważyłem je w 2006 roku i od tamtej pory corocznie je obserwuję żerujące w okolicy. Fotografując inne, licznie tam występujące gatunki ptaków, głównie wiosną, kiedy to podczas wiosennych wędrówek pojawia się tam kilka gatunków kaczek i siewek w ilościach zaspokajających fotograficzny popyt, wielokrotnie spotykałem bociany czarne, ale nigdy w sposób umożliwiający ich fotografowanie. Sfrustrowany przypadkowymi spotkaniami i nieudanymi próbami fotograficznymi zacząłem je obserwować. Przyjeżdżałem w to miejsce o różnych porach i obserwowałem ich ulubione miejsca żerowe, analizowałem i snułem plany jakby się do nich dobrać. Zacząłem w końcu pierwsze praktyczne próby.

Bocian czarny (Ciconia nigra)
Bocian czarny (Ciconia nigra) © Grzegorz Sawko

Tradycyjnie zrywałem się w środku nocy, aby jeszcze grubo przed wschodem słońca zasadzić się w wybranym miejscu, gdzie dzień lub dwa wcześniej widziałem żerujące bociany. Schowany pod siatką maskującą walczyłem przez kilka godzin z rojami komarów i wracałem przeważnie bez jednego dobrego ujęcia. Trudnością w moich fotograficznych potyczkach z bocianami czarnymi nie była ich wielka płochliwość, bo odniosłem wrażenie podczas kilku bliskich spotkań, że moja obecność nie była przez nie zauważana, a raczej fatum – zły los, fortuna lub jak kto woli loteria. Otóż kilka tych stawków mających ok. 0,5 ha powierzchni w sumie zajmuje powierzchnię ok. 3 hektarów. Wszystkie zbiorniki posiadają zbliżoną głębokość i woda we wszystkich wysycha w podobnym tempie. Zatem bociany mając do wyboru kilka stawków próbują swoich sił na różnych i jedynie od szczęścia zależy czy przysiądą akurat na tym, na którym ja siedzę schowany. Nie raz irytowałem się widząc jak ptak przelatuje tuż nad moją głową i ląduje za groblą na sąsiednim stawku. Bociany mając względny spokój nie przenosiły się zbyt często ze zbiornika na zbiornik. Jeżeli upatrzyły sobie rano jeden z nich, to większą część dnia żerowały właśnie na nim. Owszem, bywało czasem tak, że ptak przysiadł na zbiorniku, który i ja sobie w danym dniu upatrzyłem, ale niejednokrotnie siadały zbyt daleko ode mnie i nie mogłem wykonać przyzwoitego ujęcia swoim obiektywem 100-400 mm, albo siadały za roślinnością, która bujnie porastała nieco wyschnięte dno stawów podczas szybkiej wiosennej ekspansji. Kilkakrotnie próbowałem również podchodów, które nie przyniosły oczekiwanego efektu. Bociany zawsze były czujniejsze i czmychały przede mną zanim zdążyłem je sfotografować.

Bocian czarny (Ciconia nigra)
Bocian czarny (Ciconia nigra) © Grzegorz Sawko

Ubiegły, 2013 rok postanowiłem poświęcić w większej części właśnie bocianom czarnym. Niedosyt i liczba niepowodzeń sprawiły, że postanowiłem raz na zawsze rozprawić się z tym tematem. Od wczesnej wiosny zacząłem penetrować okolicę, aby wybadać ich ulubione miejsca żerowe. Początkowo ptaki nie pojawiały się na stawkach, ale żerowały na śródpolnych rowach lub nad samą Odrą. Zapewne w tym pierwszym okresie nie potrzebowały tak dużej ilości pokarmu, jaka potrzebna jest do wykarmienia młodych i inne miejsca zapewniały im wystarczającą ilość pożywienia.

I gdy już zaczęły pojawiać się na stawkach, pojawiła się też wysoka woda w Odrze, która całkowicie pokrzyżowała mi plany. Nie wiem czy nagły wzrost wody w Odrze spowodowany był zrzutem wód ze zbiorników retencyjnych czy dużymi opadami na południu kraju, ale jak już woda przybrała to na dobre i na długo. W zasadzie cały lęgowy okres utrzymywał się taki poziom wody w stawkach, że ani siewki ani bocian czarny nie miały miejsc dogodnych do pozyskiwania pokarmu.

Bocian czarny (Ciconia nigra)
Bocian czarny (Ciconia nigra) © Grzegorz Sawko

Zrezygnowany pomyślałem, że bociani temat nie jest po prostu dla mnie i dałem sobie spokój z bocianami. Los szykował jednak dla mnie miłą niespodziankę. Otóż w pierwszej połowie września, zanim przeniosłem się do pobliskich lasów, aby fotografować tam rykowisko, podjechałem nad Odrę przyjrzeć się czy w moim ulubionym miejscu przypadkiem nie żerują jakieś zagubione siewki i czaple białe. Woda w zbiornikach opadła tworząc duże namuliska rozdzielone niegłębokimi kałużami wody. Owszem, żerowały tam nielicznie siewki – kwokacze, bataliony, ale też para bocianów czarnych! Jeden z tych stawków mnie, a także bocianom czarnym przypadł do gustu. Było w nim wystarczająco wody dla bociana czy czapli, a także mułu dla odpoczywających w trakcie wędrówki siewek.

Bocian czarny (Ciconia nigra)
Bocian czarny (Ciconia nigra) © Grzegorz Sawko

Pomyślałem, że jest to moja ostatnia szansa i postanowiłem, po dwóch dniach obserwacji bocianów położyć się w błocie. Było to 13 września, w piątek! Nie musiałem od rana być w biurze i uznałem, że zanim pojadę do pracy, popracuję trochę nad bocianami. Jak zwykle wstałem grubo przed wschodem słońca i wyruszyłem nad Odrę. Zjeżdżając w dolinę rzeki przywitały mnie mgły, wprowadzając niepokój. Miejscami bardzo gęste, sugerowały, że nici z potyczki z bocianami. W gęstej jak mleko mgle nic bym ciekawego nie zrobił, a może nawet nie zauważył obecności bocianów. Na szczęście, nad samą Odrą mgła zrzedła i wieszczyła nawet ciekawe warunki świetlne. Ułożyłem się bez pośpiechu na miękkim mule, który zaraz przesiąkł przez moją nieco sfatygowaną karimatę. Nie zważałem na to, bo przecież leżałem ubrany w neoprenowe spodniobuty zapewniające stosunkowo dobry komfort podczas kilkugodzinnego leżenia.

Bocian czarny (Ciconia nigra)
Bocian czarny (Ciconia nigra) © Grzegorz Sawko

Jeszcze przed świtem pojawiły się bociany. Przyleciały niemal bezszelestnie siadając niedaleko mnie. Zaczęły się witać, kłaniając się sobie wzajemnie i sycząc coś z cicha. Nie miały pojęcia, że leżę tuż obok i przysłuchuję się tym ich rozmowom. Po ceremonii powitania zaczęły przeczesywać zbiornik w poszukiwaniu pokarmu. Zbliżały się do mnie na kilka metrów, tak, że mogłem robić im portrety. Początkowo bardzo ostrożnie poruszałem obiektywem śledząc je podczas przeczesywania zbiornika i fotografując w cichym trybie pracy migawki. Jednak one nie zważały na moją obecność i ruch soczewki, dlatego zacząłem śmielej sobie poczynać śledząc je i mocno obracając się wraz z siatką.

Bocian czarny (Ciconia nigra)
Bocian czarny (Ciconia nigra) © Grzegorz Sawko

Pogoda sprawiła mi miłą niespodziankę. Światło początkowo niebieskie wraz z mgłą tworzyło piękny klimat, a wraz ze wschodem słońca oblało złotem okolice. Bociany jakby wiedząc, że są fotografowane przeniosły się w kierunku wschodu dając mi możliwość fotografowania w złotej kontrze. Pojawiły się także inne ptaki – kwokacze, bataliony i czaple, ale ja po wykonaniu im kilku ujęć, dalej śledziłem bociany i starałem się maksymalnie wykorzystać tą trzynastopiątkową szansę. Wychodząc po sesji byłem usatysfakcjonowany spektaklem jaki dane mi było oglądać i jak to zwykle bywa, poczułem jeszcze większy apatyt na spotkania z tym pięknym ptakiem. Dlatego tematu nie porzucam i dalej drążę…

Najlepiej opowiada się o zdjęciach, które nie powstały, choć fotograf mocno o nie zabiegał. O tych, co powstały, dużo trudniej, a o doskonałych nie ma po co opowiadać, bo mówią same za siebie. Takie prawo urodziło nam się po latach fotografowania przyrody i snucia o tym niezliczonych opowieści.

Żurawie (Grus grus)
Żuraw (Grus grus) ˆ G. i T. Kłosowscy

Zawsze mieliśmy ogromny pociąg do żurawi. Niżej podpisany także do... pociągów, będących dlań czymś w rodzaju dużych, ruchomych zabawek. Przyszła wreszcie okazja do zderzenia obu pasji. Nie, nie żurawia z pociągiem, ale obu tych tematów. Zakończona, niestety wykolejeniem.

Przez całą jesień ścigaliśmy się z żurawiami po mazurskich polach i mokradłach, by zdobyć należyte zdjęcia z ich zlotów i noclegowisk. Termin oddania do druku albumu naglił, zresztą w owym czasie nasz pociąg do żurawi nie znał ni umiaru, ni granic. A szło jak po grudzie. Całkiem zresztą dosłownie. Ciężka, gliniasta, pełna kamieni i brył zeschłego błota ziemia mazurska nie była zbyt gościnna dla tych, którzy musieli wjeżdżać samochodem, wcale jeszcze nie terenowym, na trzeciorzędne, tonące w chwastach polne dróżki, by tylko zbliżyć się do żerujących na ścierniskach stad. Najgorsze było to, że ptaki na swoje miejsca noclegowe, gdzie ich koncentracja jest przecież największa, zlatywały się dopiero o zmierzchu, zaś rano odlatywały przed wschodem, i to bezładnymi grupami, w przeróżnych kierunkach. Na dobitkę tymi noclegowniami były grząskie, zagubione w trzcinach płycizny jezior. Żadnej widoczności, a miejsca te otoczony bywają jeszcze na domiar złego pastwiskami, ogradzanymi drutem kolczastym. Nie mieliśmy tu łatwego życia i codzienne pobudki po ciemku dawały tylko nikłe, nie warte pokazywania w albumie efekty.

Żurawie (Grus grus)
Ach, żeby tak pociąg wjechał w kadr, a żurawie wzleciały... ˆ G. i T. Kłosowscy

Pozostawało jedynie tropienie stad, rozsypanych po polach. Ptaki wśród nich żerujące są jednak bardziej niż kiedykolwiek płochliwe, trudno je zajść czy podjechać, a poza tym zmieniają miejsca pobytu z dnia na dzień i nigdy nie wiadomo, czy do poprzedniego stanowiska jeszcze powrócą. Mieliśmy jednak na oku jedno miejsce w miarę stałe. Na wypukłości sporego pagórka chętnie przesiadywało co dzień stado jakichś 30-40 ptaków. Widocznych jak na dłoni wśród pozostałych po żniwach, malowniczych wstęg słomy, tak typowych dla tutejszych wielkich pól. Zaś przed pagórkiem, na pierwszym planie widniał porastający z wolna zielskiem tor linii kolejowej Biskupiec Reszelski-Szczytno. Wyłaniał się z rozcinającego wzniesienie wykopu po prawej, by zaraz zniknąć w takim samym wykopie po lewej. W głębi majaczył piętrowy, ceglany budynek zapomnianej stacji. Na parterze, wśród wątpliwej świeżości woni starej poczekalni, hulał jesienny wiatr, na piętrze gnieździła się jakaś samotna, być może kolejarska rodzina. Ale stacyjka była martwa, okienko kasy zaplombowane. Bo też linią kursowała już tylko jedna para pociągów: rano skład jechał do Szczytna, pod wieczór z powrotem.

Żurawie (Grus grus)
Żuraw (Grus grus) ˆ G. i T. Kłosowscy

A że wszystko, co ginące i zapomniane pociągało mnie z magnetyczna siłą, postanowiłem zrobić z pociągu użytek. Patrząc na widok przed sobą, wymyśliłem taki obrazek: czoło pociągu wjeżdża w kadr, a w głębi porywają się spłoszone łoskotem żelastwa żurawie. A może i wcale się nie porywają, tylko tkwią na swych miejscach, ignorując leciwą maszynę. Też dobrze. W ogóle lubię wymyślać zdjęcia, polować najpierw w głowie, dużo mniej mnie ekscytuje to, co zastane lub złowione przypadkiem. Więc się przy pomyśle uparłem.

I oto stoję o szarym poranku przy statywie, podpierającym ciężki zestaw złożony z aparatu Mamyija 4,5x6 z obiektywem 5,6/500. Ptaki już są – zwykle bardzo punktualne, czego na ogół nie można powiedzieć o pociągach. Ale o właściwej porze zaczyna z dala rozlegać się warkot silnika, rozrzucany przez echo po różnych ścianach mazurskiej kniei. A może to ciągnik? Nie, w pewnym momencie już nie ma wątpliwości, że to warczy, wprowadzając świat w wibrację ciężki spalinowy kolos, ciągnący ze dwa prawie puste wagoniki, pewnie razem ze trzy razy lżejsze od niego. Zamieram w oczekiwaniu. Dźwięk narasta, zdaje się dochodzić z nieba i ziemi jednocześnie. Gdy jest bliski apogeum, zaczyna nagle dobiegać wyraźnie z jednego kierunku. Ale co to? Słyszę, że pociąg nadjeżdża z przeciwnej strony, niż spodziewana! Jak to? Czyżbym źle odczytał rozkład jazdy?

Żurawie (Grus grus)
Żuraw (Grus grus) ˆ G. i T. Kłosowscy

Nie było czasu do zastanowienia. Obróciłem obiektyw o ponad dziewięćdziesiąt stopni ku wylotowi nasypu z lewej strony, skąd dobiegał hałas. I nadal narastał, był już właściwie tu, przy mnie, a w wylocie nasypu nie ukazywało się nic! Odruchowo zerknąłem w prawo, w poprzednim kierunku i oto z rozpaczą ujrzałem cielsko lokomotywy, które wyłoniło się z tej strony, co powinno, a teraz metr po metrze wnikało w panoramę z żurawiami. Zwrot obiektywu do poprzedniej pozycji. Za późno! Skład już wjechał w kadr i całą długością zasłonił większość ptaków. Próbowałem jeszcze z rozpaczą uchwycić końcówkę pociągu, jak odsłania ona widok na żurawie. Ale to już nie było to... Po prostu echo, odbite od pagórka po lewej ręce tak paskudnie zmyliło mnie i spowodowało niepotrzebną zmianę akcji. Cóż, widać, że fotografowi przyrody dobry słuch może się przydać nawet bardziej, niż bystry wzrok.

Tymczasem przymrozki wygoniły ptaki z tego miejsca, zachęcając do wędrówki w kierunku zimowisk. Trudno, powtórzymy akcję w przyszłym roku – postanowiłem sobie solennie. Ale dwa miesiące później nierentowną linię zamknięto. Okazało się, na zawsze. Oto współczesny paradoks: zdjęcie nie powstało nie dlatego, że wyginęły ptaki, tylko pociągi...