Obniżenie podhalańskie, zwane potocznie Kotliną Orawsko- Nowotarską, zarówno wiosną, jak i jesienią bardzo często emanuje londyńskim klimatem. Oczywiście chodzi o często snujące się mgły wzdłuż kotliny. Specyficzne ukształtowanie, zwłaszcza przy dużym nawilgoceniu powietrza sprawia, że bezkres tej szarej poświaty zalega czasami aż do godzin południowych. Może zagęszczenie cząsteczek wody nie jest aż tak duże, jak w owianym legendami Londynie, niemniej jednak tutejsze mgły też potrafią dobrze dać się we znaki i to nie tylko kierującym pojazdami.

a w dolinie mgla 1 20150829 1178973883
mgły nad Kotliną Nowotarską © Kazimierz Pańszczyk

Niejednokrotnie fotografując w takich warunkach, nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie ta szara „kurtyna” chociaż częściowo opadnie. Niewątpliwie mgła w fotografii wprowadza specyficzny nastrój, dodaje tajemniczości i czasami wygładza nazbyt szorstką rzeczywistość, ale kiedy jest jej w nadmiarze to po prostu przeszkadza. Poza tym, ile tak naprawdę można mieć niewyraźnych zdjęć! Oczywiście nie każdy dzień bywa tu mglisty, ale kiedy nawilgocenie jest duże i nie ma wiatru to niestety jest, jak jest. Co ciekawe jak już przejrzystość zrobi się większa i krajobraz staje się bardziej czytelny dla obiektywu, to ptactwo w tym czasie również jakoś dziwnym trafem się ulatnia. Czy jest to reguła, złośliwość czy raczej zbieg okoliczności? Doprawdy nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Każdy foto-przyrodnik, z którym tylko rozmawiałem na ten temat potwierdza, że coś faktycznie w tym jest. Zazwyczaj, jak mamy światło kiepskie, to mimo wszystko w przyrodzie coś się jednak dzieje. Natomiast przy dobrej wyżowej pogodzie, gdzie warunki do fotografowania zdają się być idealne, najczęściej mamy do czynienia z tematycznym zastojem. Ot, i cala przewrotność natury.

a w dolinie mgla 2 20150829 1070023241
mgły nad Kotliną Nowotarską © Kazimierz Pańszczyk

Przez szereg lat moich porannych foto-zasiadek najczęściej bywało tak, że kiedy już widoczność była dostatecznie dobra, to ptactwo znikało wraz z mgłą. W poprzednich latach kiedy jeszcze z ogromnym zapałem fotografowałem cietrzewie, ptaki te tokowały bardzo blisko mojego ukrycia we mgle. Jak tylko widoczność nieco się poprawiała, koguty oddalały się na kilka lub kilkanaście metrów. I to, niestety, było niemal regułą. Podobną przygodę miałem z czaplami, kaczkami i kokoszkami. Jak był piękny, słoneczny poranek, kaczki stawały się nad wyraz ostrożne i zamiast pięknie pozować, buszowały gdzieś w zaroślach, przekrzykując się w sobie tylko znanym języku. Gdyby to wszystko zebrać, jak to się mówi, do jednego wora, można by pomyśleć, że to jakiś jeden wielki ptasi spisek. Oczywiście człowiek też ma w tym swój udział. Najczęściej jak już nie ma mgły, to napatoczy się grzybiarz, rolnik czy myśliwy. O ile grzybiarzy, czy rolników można zrozumieć o tyle myśliwych już niekoniecznie. Razu pewnego miałem takie oto zdarzenie z pewnym gościem w zielono-łaciatym mundurku.

a w dolinie mgla 3 20150829 1578169137
Krzyżówka (Anas platyrhynchos) © Kazimierz Pańszczyk

Był środek września 2009 roku. Pogoda zapowiadała się dobra, niestety jak to już końcem lata bywa w tej krainie snuły się pasy bardzo gęstej mgły. Zasiadłem w kryjówce o brzasku dnia i bez jakiegokolwiek pośpiechu rozpakowałem sprzęt. Niebawem szmaragdowe lustro niewielkiego stawku „zniszczył” lądujący kaczor; po chwili dołączyły do niego kolejne dwie kaczuszki. Zapowiadało się całkiem nieźle, bo niemal w tym samym czasie z otulonego mgłą tataraku spokojnym dryfem wyłoniły się jeszcze kolejne trzy krzyżówki. Ponieważ mgła była jeszcze na tyle gęsta, że jakiekolwiek fotografowanie nie miało najmniejszego sensu, postanowiłem cierpliwie poczekać na nieco dogodniejsze warunki. Niebawem do kaczego towarzystwa dołączyła czapla siwa. O dziwo, wylądowała bardzo blisko i niemal natychmiast swoim przenikliwym wzrokiem „zeskanowała” mój wystający z roślinność teleobiektyw - wiedziałem, że w zaistniałej sytuacji nie mogę nawet drgnąć. Czapla była nie dalej, jak 5 metrów od mojego ukrycia, ale już po chwili dało się zauważyć, że stała się mniej czujna i przestała natarczywie wbijać wzrok w wystający z ukrycia obiektyw. Kiedy spojrzała za siebie, szybkim ruchem przesunąłem obiektyw na jaj głowę i miałem ją, jak to się mówi, w środku szkła. Nawet nie zauważyła, że tym razem moje tele patrzyło jej prosto w oczy.

a w dolinie mgla 4 20150829 1419522889
Czapla siwa (Ardea cinerea)
© Kazimierz Pańszczyk

Po jakimś czasie wykonałem pierwsze ujęcie. Oczywiście trzask migawki i jękliwy dźwięk silnika sprawił, że ponownie wyciągnęła szyję i jeszcze mocniej „wbiła” wzrok w mój obiektyw. Widziałem, że stara się przeniknąć wzrokiem to coś, ale być może nigdy jeszcze nie miała z czymś podobnym do czynienia. Jej miodowo-czarne oko wnikliwie wpatrywało się w każdy szczegół mojego ukrycia. Również i ja widziałem w zbliżeniu jej cudownie piękne i surowe spojrzenie. PTASIE OKO -cud natury, niczym onyks zatopiony w bursztynie. Carl Zeiss nawet nie otarł się o taką doskonałość jak ptasia soczewka. W trakcie moich porannych dywagacji na temat doskonałości i piękna ptasiego oka, wdarł mi się do uszu potworny huk – wszystko, co nad stawkiem miało bezpieczną przystań i stołówkę, poderwało się w wielkim łopotem. Również i ja podskoczyłem aż pod sklepienie szałasu. Co jest? - po mniej więcej sekundzie brutalne echo powróciło. To był strzał z broni palnej - po kaczkach i czapli pozostały tylko kółka na wodzie.

Po chwili „zielony ludzik” ponownie wydobył śmiercionośny grzmot ze swojej „czarnej rurki”. W zaistniałej sytuacji dalsze siedzenie nad niewielkim oczkiem wodnym nie miało już najmniejszego sensu. Powoli wygramoliłem się z ukrycia. Oczywiście pan w zielono-łaciatym, nieco już niemodnym mundurku, zbliżył się i zapytał mnie stanowczym głosem, dlaczego płoszę ptaki. Myślałem, że statyw upuszczę jak do mnie dotarło jego pytanie, DLACZEGO PŁOSZĘ PTAKI... Przyznam, że na jakiś czas jego, skądinąd dziwne pytanie, zakleszczyło mnie zupełnie. Nie wiedziałem, czy to jakiś żart, czy aby dobrze usłyszałem? Ale jak ponowił pytanie, to już nie wytrzymałem. - Widzi pan, ja tu siedzę już dwie godziny i dziwnym trafem była tu czapla i kilka kaczek, a jak się tylko pan pojawił to wszystko uciekło. A zatem kto tu płoszy? – zapytałem.

a w dolinie mgla 5 20150829 1836298867
Krzyżówka (Anas platyrhynchos) © Kazimierz Pańszczyk

Oczywiście nie mogło być tak, że jakiś facecik w zielonych gumiaczkach z aparacikiem podskakuje do poważnego gościa z bronią – no w żaden sposób tak być nie mogło... Riposta myśliwego była niemal natychmiastowa. - Panie, panie, a wiesz pan, że jak zechcę to zrobię panu tak koło piórka, że się panu odechce! - imputował srogim głosem myśliwy. Po chwili nie wytrzymałem i mówię. - A wiesz pan, że do siedzącej kaczki na wodzie się nie strzela?! A ja właśnie przed chwilą zrobiłem bardzo ładne zdjęcie i co ciekawe nawet wiem gdzie je posłać! Tym razem to zielonemu mało rurka z ręki nie wypadła. - A czasami to nie pan robił przed laty zdjęcia cietrzewiom do „Łowca Polskiego”? - pyta zielony. - Ano ja - odpowiedziałem. - Nieee, no trzeba było od razu tak mówić. A może by pan chciał pofotografować sarny, może dzik się trafi, rykowisko też wiem, gdzie fajne jest...

Dosyć stanowczym głosem odpowiedziałem mu, że nie interesują mnie sarny, dziki i jelenie. Interesowała mnie czapla, ale po strzale, jak zauważyłem mało się nie zabiła, uciekając, o pobliskie drzewa. Chcąc się pozbyć niechcianego gościa zapytałem czy ma jeszcze coś, bo się spieszę. Nastała cisza. Przyznam, że po chwili rozeszliśmy się w niezbyt przyjaznej atmosferze. Po przyjściu do domu zastanawiałem się, jak wyciągnął ze stawu zabitą kaczkę, psa nie miał, staw dosyć głęboki uwity we wszelakie zielsko i krzaki... A może chodziło mu tylko to, aby rurkę przedmuchać? A kaczka usłyszawszy grzmot po prostu walnęła na zawał? Chyba właśnie tak było... Wieczorem mglisty całun ponownie okrył staw i było o jedną gęgającą wesołkę mniej. Ale kto to zauważy? Kogo to obchodzi? Kto się tym przejmie?

a w dolinie mgla 6 20150829 1088452580
Kokoszka wodna (Gallinula chloropus) © Kazimierz Pańszczyk

Życie nadal pędzi wszędzie,
nie ta kaczka, inna będzie.
nWszystko jedno, strzał czy foto,
człowiek wszystko przeinaczy w błoto...

Jakoś po tym wszystkim jeszcze zebrało mnie na rymowe epitafium dla martwej kaczki. Jak dobrze pamiętam owego dnia na tym małym oczku wodnym było kilka młodych kaczek - każda z nich miała co najwyżej 3-4 miesiące życia. 100-120 dni kaczego wesołego żywota... Aż trzy razy tyle ile ma przeciętny pracujący myśliwy urlopu... Czy ktoś się nad tym kiedykolwiek zastanawiał? Niestety jest spora grupa „miłośników przyrody”, których etykę i uczucia nadal spowija bardzo gęsta MGŁA...

Niebo się rozgadało. Jak zawsze o tej porze. Czyli około 21 marca. Dźwięczne „glą, glą, glą...„ niesie się z wysoka, jakby tam nad chmurami ktoś przetaczał w tę i we w tę drewniane wałki. Właśnie – pod chmurami. Bo wszystko już słychać, a jeszcze nic nie widać – niskie chmury, związane z wędrującymi jeden po drugim mokrymi niżami, zasnuwają nieboskłon. Ale z gęsich kluczy, nawet ciągnących po kryształowo czystym niebie, niewielki dla fotografa pożytek.. Gdzie wylądują, gdzie posiedzą, skąd za łatwo nie uciekną – oto są teraz najważniejsze pytania.

gesi kalejdoskop 1 20150829 1737367587
Gęsi © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Niby ci wędrowcy maja swoje ulubione miejsca wypoczynku i nocowania, ale właściwie co roku w nieco innym zakątku swego ulubionego terenu. Zależnie od tego, jak się tego przedwiośnia rozleją roztopowe wody, gdzie zadziałają zastawki na rowach, gdzie nie, które pole zostanie wzięte pod jaką uprawę. A to się z roku na rok zmienia jak w kalejdoskopie. W ciągu trwania wiosny zresztą też. Stąd zaskoczenia.

Oto jedziemy sobie najspokojniej drogą meandrującą wśród pól i łąk. Pól jest większość i, jak to bywa w polodowcowej okolicy, pełno na nich kamieni. W sporej mierze już pozbieranych, pozrzucanych w pryzmy. Pomiędzy polami spore łąkowe zagłębienie, rozciągnięte między naszą drogą, a zamykającym je z przeciwnej strony brzeźniakiem. Do płytkiej wody ktoś wyraźnie nawrzucał tu kamieni, nie zadając sobie trudu ułożenia ich w stos. Miejscami tworzą nieomal luźny bruk. Tak nas ten widok zaskakuje, że w pierwszej chwili nie pojmujemy, co widzimy. A to jest przecież żywy bruk! Zmęczone gęsi rozsiadły się szeroko na tym podmokłym ugorze tuż przy drodze. Prawdziwe gęsie dziwactwo.

Zatrzymujemy nasz wehikuł najostrożniej, jak się tylko da. Tak, by głos silnika prawie się nie zmieniał, a sam pojazd z ruchomego stawał się nieruchomy - płynnie, delikatnie. Nagłe zatrzymanie się i zamilknięcie silnika – to prawie gwarancja spłoszenia nie tylko ostrożnych z natury gęsi, ale każdego ptaka, nawet trznadla, śpiewającego beztrosko na przydrożnym krzaku. Jednak po tej drodze o asfaltowej nawierzchni co rusz ktoś przejeżdża, więc zmęczeni skrzydlaci wędrowcy chyba już zmiarkowali, że te ruchy i hałasy nie mają dla nich znaczenia. Większe znaczenie może mieć właśnie nagły... bezruch, wskazujący na czajenie się. Ale żywe kamienie nadal tkwią na swych miejscach. Co jakiś czas któryś z ptaków trzepie skrzydłami. Niektóre leniwie pływają. To wszystko.

gesi kalejdoskop 2 20150829 1133027275
Gęś gęgawa (Anser anser) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Nasze teleobiektywy tkwią już w okienkach. Ptaki widać jak na dłoni – ale co z tego... W takich chwilach odruchowo chce się być jak najbliżej fotografowanych modeli, ale w szkłach widzimy, że nie na wiele by się to zdało. Tylko powiększylibyśmy... chaos. Bo ów równy „bruk” ptasi wygląda tak regularnie tylko z jadącego jeszcze samochodu. Na stojąco i w powiększeniu wszystko rozpada się w bezład. Więc teraz delikatnie, powolnymi ruchami zamiatamy obiektywami stado, szukając regularnych, tworzących jakiś geometryczny ład fragmentów. Tak z pół godziny. I nadaremnie. Nudę tej czynności przerywają małe odkrycia: Tu wśród gęsi białoczelnych – bo to one tworzą widoczne przed nami stado – tkwią ze dwie gęsi małe, nieco dalej niczym piktogram akcentuje swój czarno biały strój bernikla. Ale nie na tyle, by miało z tego wyjść choćby proste dokumentalne zdjęcie. Już nas oczy bolą. Nie tylko zresztą one...

Ale oto w głębi pola zaczyna pyrkotać ciągnik, wlokący za sobą roztrząsacz obornika. Rozcina ostatnie, zaczajone jeszcze tu i ówdzie plamy śniegu i kolebiąc się na bruzdach, prze wprost ku gęsiej przystani. I już po chwili obrazek się zmienia. Wszystkie gęsi jak na komendę podnoszą szyje. Mamy przed sobą prawdziwy las peryskopów. Znów więc wracamy do przeczesywania obiektywami stada. Las szyj i głów wygląda wcale efektownie, tyle, że optyka ukazuje ostro zaledwie jeden szereg ptaków, może, dwa, trzy, ale reszta rozpływa się w miękkiej nieostrości. Tymczasem zdjęciu ukazującemu regularną fakturę nic tak dobrze nie służy, jak ostrość na całej powierzchni. Tutaj, ze względu na nikłą głębię ostrości naszych optycznych rur – nie do osiągnięcia. Wydobywamy jednak kilka grup w miarę uporządkowanych, a nawet wyłapujemy moment, gdy wszystkie ptaki tworzą jeden wyraźny rytm popiersi i głów.

Ciągnik zawraca. Wraz z nim wraca wizualny nieporządek w stadzie. Na nasze szczęście – nie do końca. Oto spora grupa, która przesiadywała na brzegu kałuży po stronie nadjeżdżającej maszyny, zeszła do wody i teraz w regularnym szyku płynie ku środkowi zalewiska. Dobre i to, choć gęsi płynące nie wyglądają akurat nazbyt efektownie. Kusi nas, by zrobić to, co i innych kusiło by pewnie na naszym miejscu: by jeden wyszedł z samochodu i „podniósł” stado w powietrze, a drugi chwytał w kadr tę rozedrganą masę. Ale to wbrew zasadom etyki, a i zdrowego rozsądku, bo płoszone ptaki nie polecą tak, jakbyśmy chcieli. Zamiast wystartować w bok lub nawet w naszą stronę, zapewne pokażą nam tylko ogony.

gesi kalejdoskop 3 20150829 1242906063
Gęsi © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Czekamy więc na start naprawdę naturalny. Może ktoś inny przypadkiem spłoszy ptaki? Po dwóch godzinach wydłubywania ze stada teleobiektywami co smakowitszych fragmentów pojawia się światełko nadziei. A właściwie – dwa światełka reflektorów dużego ciągnika, który z niebywałym hałasem ciągnie wyboistą szosa dwie przyczepy wyładowane belami siana. Z rykiem przetacza się obok nas. Przywieramy do obiektywów. I nic. Gęsi ledwo, jak z łaski, unoszą głowy. Więc odrywamy się od wizjerów, odprowadzając maszynę złymi, zawiedzionymi spojrzeniami. I to jest nasz największy błąd! Bo właśnie całkiem niespodziewanie daje się słyszeć miękki huk i nagle stado rusza w górę. Nim zdążymy wrócić do aparatów – ich najbardziej regularny układ, jaki zawsze powstaje w chwili startu, już się rozpływa w nieregularne dymy, płynące to tu, to tam. I całe bractwo odlatuje od nas, pokazując jedynie ogony. Ich czarne, biało obwiedzione plamy sprawiają, że to wszystko wygląda jak obłok rzuconych w powietrze łupin słonecznika. Przez cały miesiąc będziemy odtąd czatować w podobny sposób, by wreszcie dorobić się paru ujęć, pokazujących równą „ścianę”, utworzoną ze startujących ptaków. I oczywiście setek innych zdjęć, raczej jednak godnych tylko komputerowego kosza.

Można w pobliżu takiej gęsiej przystani ustawić czatownię, by pokazać pojedyncze ptaki i ich grupy z bliska. A zarazem to, jakie między członkami tej skrzydlatej społeczności zachodzą relacje. Ale szanse, że stado pojawi się blisko tego ukrycia, nie są wielkie. Gęsie czujki mają dobre oko na każdą zmianę w otoczeniu, a nade wszystko potrafią z powietrza ocenić, w który miejscu warto zasiąść na odpoczynek i popas, bo będzie tu bezpiecznie. Jeżeli takich miejsc jest w okolicy więcej niż jedno – a tak z reguły bywa w dolinach rzek – to stada co rusz stacjonują gdzie indziej. Czy zresztą warto siedzieć na czatach? Gęsie życie zmienia się ostatnio i dostarcza innych, niespodziewanych okazji.

Jedziemy polną drogą przez śródleśna wioskę Kawałek za nią po jednej stronie drogi jest las, po drugiej wąskie pole, opadające ku bagiennemu olszniakowi. Aż tu naraz przez oziminą paraduje ni mniej, ni więcej, tylko rodzina gęgaw. W pierwszej chwili można by pomyśleć, że to swojskie gąski domowe, które urwały się z podwórka. Ale nie – to szare, prawidłowo upierzone, dzikie gęgawy, które najwyraźniej gniazdowały w olszniaku, gdzie bobry stworzyły zalewisko. Na widok samochodu pierwszy ptak wpada w gęsta świerczynę przy drodze, pociągając za sobą całą gromadkę gęsiąt. Drugi już nie zdąża przebiec. Ale nie ucieka, nie odlatuje, tylko tkwi przy drodze, najwyraźniej przekonany, że ma święty obowiązek zamknąć pochód, jak tylko intruz na czterech kołach przejedzie. Na tle zielonej kratki wschodzącej oziminy prezentuje się doskonale. I oto mamy całą serię zdjęć gęsi z bardzo bliska – bez żadnego czatowania!

interwalometr 1 20150829 1246539691
Uszatka zwyczajna
(Asio otus)
© Grzegorz Wróblewski

Mam to wielkie szczęście, że mieszkam na spokojnej, wielkopolskiej wsi, otoczonej polami, łąkami i lasami. Nie muszę się też martwić, że ktoś wścibski będzie zaglądał do okna, bo dom najbliższego sąsiada leży około 300 m dalej. Co prawda w razie „w” nie ma od kogo pożyczyć choćby soli, ale akurat do tego można się jakoś przyzwyczaić… W zamian za to, wokół domu przez cały rok przebywa pełno przeróżnych ptaków, które z rodziną lubimy obserwować (choć muszę uczciwie przyznać, że harce dymówek na okiennym parapecie o piątej rano lub walka wróbli o atrakcyjne miejsce do budowy gniazda w szczelinie pod rynną, potrafią zirytować). Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałem i nie liczyłem gatunków, które mam pod nosem, ale jak tak teraz o tym myślę, no to powstałaby z tego całkiem spora lista, sam jestem zaskoczony! Wspomnę tylko o bocianie, który założył gniazdo na pobliskim słupie energetycznym i każdej wiosny z niecierpliwością wypatrujemy jego przylotu, trzciniaku, kurce wodnej i łysce, które zasiedliły mały, zarastający stawek. Nie mogłem w to uwierzyć, ale po ponad 10 latach nieobecności na łąki wróciły czajki i nawet zeszłej wiosny szczęśliwie wyprowadziły lęg. Pliszki, kopciuszki, sikory, gąsiorki, potrzosy, pokląskwy, rudziki, makolągwy, raniuszki, szpaki, mazurki, pokrzewki… Można by długo wymieniać, ale przecież nie o tym miało być to opowiadanko! No dobrze, spróbuję zacząć jeszcze raz…

Nie ma chyba fotografa przyrody, którego nie intrygowałyby sowy. To wyjątkowa grupa ptaków, otoczona aurą tajemniczości poprzez swój skryty, nocny tryb życia, oraz nieliczne występowanie. Z pewnością każdy chciałby ujrzeć te przepiękne ptaki przez wizjer swego aparatu, ale nie jest to takie łatwe. Wie o tym każdy, kto zmierzył się z tematem. Jest jednak coś, co znacznie zwiększy nasze szanse na wykonanie dobrego zdjęcia sowy. Po pierwsze trzeba być upartym, a po drugie… szczęście, moi drodzy! A jak to było w moim przypadku, no to kto chce, niech czyta.

interwalometr 2 20150829 2050281691
Uszatka zwyczajna (Asio otus) © Grzegorz Wróblewski

Zanim na dobre zaczną się wiosenne przeloty ptaków i w poszukiwaniu fotograficznych tematów zacznę wyjeżdżać w teren, uwielbiam w chłodne, marcowe wieczory wymykać się z domu, aby posłuchać godowych nawoływań uszatek. Bo uszatki, o czym zapomniałem wspomnieć powyżej, to nr 1 na liście ptaków, które „mieszkają” w pobliżu mojego domu. Tak właściwie to są moje całkiem dobre sąsiadki. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, kiedy z pobliskiego lasu w czerwcowe wieczory zaczęły dochodzić dziwne popiskiwania, które było doskonale słychać nawet z tarasu. Oczywiście natychmiast zacząłem obserwację terenu i okazało się, że są to odgłosy młodych uszatek. Wielokrotnie miałem możliwość obserwacji, jak przesiadywały wysoko w koronach drzew, czasami nawet widywałem dorosłe ptaki. Wtedy jeszcze nie zajmowałem się fotografią i wszystko kończyło się na podglądaniu ich życia przez lornetkę. Wreszcie, po kilku latach, pożyczonym od brata Canonem z manualnym obiektywem 70-210 mm, udało mi się zrobić kilka ujęć młodej uszatki. Te fotografie, wykonane jeszcze na zwykłym negatywie, przez długi czas były moimi najlepszymi zdjęciami przyrody. Trzeba jednak dodać, że zużyłem wtedy 3 rolki po 36 klatek, z czego tylko kilka nadawało się w ogóle do pokazania.

interwalometr 3 20150829 1464765895
Uszatka zwyczajna (Asio otus) © Grzegorz Wróblewski

Na następne takie spotkanie musiałem czekać znowu kilka lat. Moje sowy wyprowadzały lęgi dość nieregularnie, czasami z dłuższymi przerwami i kiedy już traciłem nadzieję, okazywało się, że jednak wracały. Lecz pewnej zimy leśnicy wycięli las, który był rewirem lęgowym uszatek i wtedy byłem przekonany, że to już koniec. Nie zaprzestałem jednak marcowych nasłuchiwań, bo – jak wiadomo – nadzieja umiera ostatnia. I stało się! Przed dwoma laty znowu usłyszałem charakterystyczne, monotonnie powtarzane „bu”. Tym razem odgłosy dochodziły z ostatniego w okolicy sosnowego starodrzewia, dosłownie 150 m od domu. Prawie codzienne nocne obserwacje pozwoliły mi na usłyszenie chyba wszystkich odgłosów uszatek, łącznie z „klaskaniem” skrzydłami w czasie lotu godowego. Wkrótce też odnalazłem gniazdo, umiejscowione w koronie wysokiej sosny, które w poprzednich latach zasiedlały wrony. Sowy musiały chyba stoczyć zaciętą walkę o gniazdo, bo pewnego razu w pobliżu znalazłem martwą wronę, ale może to tylko przypadek. W czasie wysiadywania jaj nie niepokoiłem moich uszatek i z niecierpliwością czekałem na pierwsze popiskiwania piskląt, które – zgodnie z oczekiwaniami – nastąpiło gdzieś w połowie czerwca. Wizyty w „uszatkowym” lesie stały się moją codziennością, niestety, bez większych rezultatów. Owszem, widywałem moje bohaterki, lecz zawsze wysoko w koronach sosen, poza tym za każdym razem na innymi drzewie. Czasami maskowały się tak dokładnie, że w ogóle nie udawało mi się ich odnaleźć. Powoli zaczynałem sobie odpuszczać, nie wierząc, że jestem w stanie cokolwiek zdziałać. Ale pewnego razu przypadkowo przechodziłem koło tego lasku, wcale nie myśląc o sowach – bardziej interesowało mnie to, czy siano na pobliskiej łące jest już gotowe do zbioru. I wtedy niespodziewanie spłoszyłem jedną z sów siedzącą nisko nad ziemią, wśród listowia młodej brzózki. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła, tym razem zdążyłem zaobserwować miejsce, z którego ptak odleciał. Okazało się, że pod drzewkiem była cała sterta wypluwek, uszatka (najprawdopodobniej samiec) musiała więc tam siadać od dłuższego czasu.

interwalometr 4 20150829 1610471824
Uszatka zwyczajna
(Asio otus)
© Grzegorz Wróblewski

Prawdopodobnie nie raz przechodziłem koło tego miejsca, w ogóle nie zauważając siedzącej nisko sowy. Świetnie, tylko co dalej?! Jak zwykle w takich sytuacjach, musiałem się przespać z tematem. Po przeanalizowaniu różnych opcji, do głowy przyszło mi coś szczególnego – interwałometr. Szczerze mówiąc, miałem dość mgliste pojęcie o tym, jak tego cudu techniki się używa, na ale przecież od czego mamy instrukcję obsługi aparatu. Jeszcze tego samego wieczoru nauczyłem się niełatwej sztuki ustawiania wszystkich potrzebnych funkcji w moim Nikonie i około północy byłem gotowy wyruszyć w teren, aby ustawić sprzęt. Wykombinowałem sobie, że w nocy sowy będą polować na gryzonie, więc nie będę ich wtedy niepotrzebnie płoszyć. Ustawiłem wyzwalanie migawki od 4 do 9 rano, w odstępach 2 minut, manualne ustawienie ostrości, priorytet przesłony. Po wpięciu aparatu w głowicę i ustawieniu statywu, wszystko szczelnie okryłem folią (zanosiło się na deszcz) i dodatkowo zamaskowałem siatką i brzozowymi gałęziami. Gotowe! Teraz można iść spokojnie spać i czekać na ranek. Zdjęcia zrobią się same...

Oj, to była raczej nieprzespana noc! Dopiero leżąc w łóżku, pomyślałem, że ja chyba zwariowałem! Trzeba być stukniętym, aby warty sporo pieniędzy sprzęt zostawiać w nocy w lesie, bez – choćby tylko wzrokowej – opieki. Przecież wszystko mogło się zdarzyć! Czy jakiekolwiek zdjęcia są tego warte? – całą noc zadawałem sobie to pytanie, jednak wytrzymałem. Dopiero o 7 rano, z drżeniem serca, udałem się po sprzęt. Dochodząc do miejsca, w pierwszej chwili zwątpiłem – w nocy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Okazało się, iż tak zamaskowałem statyw, że nie mogłem go odnaleźć. Na szczęście był na swoim miejscu… Niestety, po szybkim przejrzeniu zarejestrowanych klatek, okazało się, że tego ranka uszatka nie usiadła na swojej gałęzi. Kompletna klapa! Niezrażony jednak niepowodzeniami, dalej odwiedzałem „uszatkowy” lasek. Trzeba być upartym – powtarzałem sobie w myślach, w głębi duszy licząc jeszcze na łut szczęścia. No i stało się – pewnego popołudnia, kiedy szukałem sów w koronach drzew, nagle stanąłem jak wryty – 5 m przede mną, na gałęzi młodego dąbka spokojnie siedziała uszatka, jak gdyby nigdy nic. Wydawało się, że śpi, ale oczywiście to tylko pozory, doskonale mnie widziała, tylko udawała. W pierwszej chwili ogarnęła mnie panika i złość na siebie – takie spotkanie, a przy aparacie ciemny zoom 70-300!!! Co robić!? Przyjąłem strategię sowy i tak jak ona udałem, że też jej nie widzę, spokojnie przeszedłem dalej, by za chwilę pędzić do domu, żeby zmienić obiektyw – może nie odleci?

interwalometr 5 20150829 1349513349
Uszatka zwyczajna (Asio otus) © Grzegorz Wróblewski

Nie mogłem w to uwierzyć, ale gdy wróciłem po kilkunastu minutach, wciąż tam siedziała. Co ciekawe, dalej kompletnie mnie ignorowała – mogłem robić zdjęcia bez ustanku, w pionie, poziomie, sprawdzając różne ustawienia ekspozycji. Nie zmniejszałem jednak dystansu, który widocznie był dla mojej bohaterki bezpieczny. W końcu zdecydowałem się na mały eksperyment – zacząłem obchodzić drzewo na którym siedziała, wyzwalając migawkę za pomocą pilota. To także nie zrobiło na niej większego wrażenia, obracała tylko głową i podążała za mną wzrokiem. Kiedy skończyło się miejsce na karcie, dałem już jej spokój. To niesamowite, ale gdy odchodziłem, wciąż siedziała na swoim miejscu. Tego spotkania nie zapomnę do końca życia, tym bardziej, że – przynajmniej na razie – więcej się nie powtórzyło. Owszem, zrobiłem jeszcze kilka innych ujęć wysoko w koronach drzew, ale to już nie to samo.

Poprzedniej wiosny uszatki odbywały toki, lecz lęgu nie wyprowadziły, być może za sprawką kuny, którą kilkakrotnie widziałem w pobliżu. Jak będzie w tym roku? Już niedługo się okaże. Za chwilę wyłączę komputer i żeby rozprostować kości przejdę się do „uszatkowego” lasku posłuchać, czy już są. A z interwalometrem na razie dam sobie spokój – to jak dla mnie zbyt stresujące zajęcie…

Szarzało już trochę, leniwe popołudnie stawało się w wieczorem. Lubię takie chwile, kiedy wszystko odbywa się w zwolnionym tempie. Wokół tlącego się w ogrodzie ogniska kilka krzesełek, ludzie kontemplujący spokój w zapachu grilla. Panie nasze piękne świergolące między sobą, patrzące z niesmakiem na swoich partnerów trzymających w dłoniach aluminiowe puszki. Siedziałem sobie spokojnie patrząc na ładny krajobraz, nudząc się trochę ich opowieściami z wojaży po supermarketach, uwagami na temat koleżanek. Na rogu oparcia krzesełka stojącego tuż obok w cieniu leszczyn zacieniających ogród, zobaczyłem niespodziewanie siadającego ptaka. Nie niepokoiło go to, że gwarno, że wokoło grilla jest ruch. Obserwowałem słuchając jednym uchem "niezwykle ważnych uwag", o tym że ten krem na usta jest lepszy gdzie indziej, a tamten jest zupełnie nie dobry... Na ruszcie skwierczało, roznosił się zapach grilowanego mięsa, patrzyłem ciągle na ptaka. Nie jestem dobry w rozpoznawaniu gatunków, ten ptak był czarny, coś jak kawka, bo na kruka był zbyt mały, zaglądał ciekawie patrząc na mnie. Nie ruszałem się, ptak sfrunął na stół, na sam róg, popatrzył wokoło, a po chwili porwał chipsa i odleciał w zieloną gęstwinę. Wrócił niedługo siadając znów na oparciu krzesła, rozglądnął się, sfrunął na stół i rozpoczął spacer pomiędzy talerzami, co chwilę patrząc na mnie. Towarzystwo w międzyczasie oddaliło się parę metrów w stronę grilla. Ptak chodził pomiędzy talerzami, zatrzymując się zerkał co chwilę na mnie jednym okiem, próbował resztek na stole. Siedziałem bez ruchu. Następnego dnia nie przyleciał, dzień później też, a później zaczął padać deszcz...

Pod namiotem ochraniającym stolik i kilka krzesełek znów usiadłem po kilku dniach. Siedząc samotnie na krześle z dokumentami na kolanach szukałem logiki w zawiłościach codziennego życia. Ptak nadleciał z gęstwiny leszczyn za plecami, usiadł na oparciu odsuniętego krzesła ogrodowego. Spojrzałem na niego. Na ramie krzesła zaciskały się dwie nogi, w lewej brakowało dwóch pazurów. Prawe oko jakieś zmącone, patrzył lewym przechylając głowę. Zaryzykowałem, położyłem na blacie stołu jedno ziarno orzecha laskowego, które akurat zajadałem i znieruchomiałem. Ptak długo sprawdzał, kręcił głową łypiąc na mnie zdrowym okiem, gotów w każdej chwili odlecieć. W końcu sfrunął na róg blatu zabrał orzecha i zniknął. Pojawił się znów po paru minutach, licząc na następne...

Na okolicznych polach czas płynął w rytmie pracy, ludzie schodzili z plaż, częściej zamykali drzwi swoich domów, krzesło pod namiotem pokrywało się kurzem i brudem, dawno mnie tu nie było. Zajechałem szarym mokrym dniem zza zakrętu po kostkowej drodze zmierzając do tego domu, popatrzyłem w kierunku ogrodu. Leszczyny bezlistne już nie dawały schronienia jak dawniej, nie ta pora. Zapomniałem o ptaku, nie myślałem o nim. W szarym świecie jesieni mało jest miejsca na radość. Wychodziłem wiele razy na ogród, któregoś dnia usiadłem jak dawniej na krześle pod namiotem osłaniającym od deszczu i słońca. Trochę rozkojarzony z opóźnieniem zobaczyłem ptaka, który pojawił się na oparciu krzesła, nie miał dwóch palców w lewej stopie. Nie miałem wtedy dla niego nic dobrego, odfrunął. Jadąc powoli wąską osiedlową drogą widziałem go później kilka razy. Szukał pożywienia przy betonowym krawężniku drogi i dziobem wyrzucał coś na jezdnię, innym razem siedział na krawędzi dachu śmietnika. Poprosiłem gospodarzy odjeżdżając, by na stole w ogrodzie pozostawiać jakieś smakołyki dla ptaków, bo zima idzie...

U nas dosypało śniegiem, drogę od domu znaczył chodnik wycięty szerokością łopaty, sople niszczyły rynny na budynkach. Tylko pluszcze dobrze sobie radziły znikając w niezamarzających szczelinach górskich potoków. Mało było ludzi spacerujących nad moją rzeką...

Znów nawijałem setki kilometrów na koła samochodu, w okolicy bieliło się od komunijnych strojów. Usiadłem na krześle w zaciszu leszczynowych zarośli pod namiotem z białego tworzywa, na krzesełku, jak dawniej. W rozgardiaszu domowego babskiego życia mnożyły się problemy. Komórki ćwierkały co chwilę, czekając na połączenie zawodziły znanym przebojem. Patrzyłem na ogród sąsiadów, tuż za siatką. Ptak pojawił się znienacka usiadł na oparciu krzesła, rozejrzał się, wskoczył na stół, popatrzył na mnie przechylając głowę. Nie miał dwóch palców w lewej stopie. Wstałem powoli i poszedłem do domu. Z plecaka w rogu pokoju za szafą wyjąłem torebkę z orzechową mieszanką, którą zabierałem na spacery po górach. Zbliżyłem się do stołu, ptak odfruną parę metrów dalej na płot sąsiadów kontrolując sytuację. Nasypałem na odleglejszy róg stołu parę orzechów i usiadłem na swoim krześle biorąc tym razem do rąk książkę dobrego autora. Po kilku minutach zachrobotały pazurki po blacie. Wybrał sobie coś i zaraz odfrunął. Roślinność wybuchała radością życia w cieple wiosny. Tuż obok w zaroślach były dwa niewielkie gniazda drozdowatych z kilkoma jajeczkami w każdym. Zacząłem obserwować ptaka przez lornetkę, Gdy zasiadałem na krześle przylatywał dość regularnie, licząc na pożywienie, nie wracał z niczym. Śledziłem jego lot. Któregoś dnia przez lornetkę wypatrzyłem na niedalekiej topoli gniazdo, do którego zmierzał niosąc w dziobie dżdżownicę. Wyprowadził troje młodych. Widziałem jak zachęcał je do opuszczenia gniazda, jak się starał. Jego Pani nigdy nie sfrunęła na blat stołu w ogrodzie. Bała się ludzi... Jesienią nie przyjechałem do tego domu, późniejszą wiosną też nie miałem okazji. Już kilka lat minęło od czasu gdy tam bywałem.

Będąc w dużym mieście oczekiwałem na swoją kolej w jednym z urzędów, a było to kilka godzin. Postanowiłem iść do parku. Alejkami spacerowali ludzie, inni z ponurymi minami spieszyli się niosąc teczki z niezwykle ważnymi dokumentami, rozmawiali przez komórki. Babcie z dzieciakami karmiły gołębie. Usiadłem na ławce w bocznej alejce. Za plecami ciągnęły się szacowne ceglane mury zabytku otoczone krzewami, spokój wieków, z rzadka ktoś tędy przechodził. Siedziałem na jednym końcu ławki w cieniu drzewa zastanawiając się jaki los zgotują mi urzędnicy. Ptak sfrunął gdzieś od strony murów, zaszeleścił w odpadkach przy koszu na śmieci, podniósł jakiś papierek i odrzucił, spojrzał na mnie bystrym wzrokiem. Zatęskniłem za krzesłem w ogrodzie daleko stąd...

Ludwik Krzeczkowski

Od kiedy pamiętam moim ulubionym rodzajem ptaków były sowy. Wydawały mi się niezwykle skryte i niedostępne. Pamiętam to uczucie, gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłem puszczyka przelatującego o zmierzchu wśród drzew. Od tego czasu zacząłem mieć obsesję na punkcie sów. Szukałem ich w dzień i w nocy – z lepszym lub gorszym skutkiem.

Kilka lat później, kiedy miałem już swój aparat fotograficzny, bardzo chciałem zrobić zdjęcie nocnego łowcy. Chodziłem w miejsca, gdzie wcześniej widywałem sowy - do parków, na cmentarze. Jednak nigdy nie udawało mi się zrobić im dobrego zdjęcia, ponieważ albo siedziały bardzo wysoko, albo były tak schowane w gałęziach, że ledwo je było widać.

sowa uszatka 1 20150823 1486962884
Uszatka zwyczajna (Asio otus) © Mateusz Piesiak

Zimą 2011 roku pojechałem na ferie zimowe do Austrii na narty. Oczywiście wziąłem ze sobą aparat, w końcu nie samymi nartami człowiek żyje. W pewien mroźny, pochmurny dzień, udałem się z aparatem na obchód okolicy. Oprócz malowniczych krajobrazów szukałem ptasich mieszkańców tego regionu. Po kilkugodzinnej wędrówce nie miałem niestety żadnego zdjęcia ptaka. Wracając do domu, szedłem przez mały park. Jakie było moje zdziwienie, gdy na jednym ze świerków zobaczyłem uszatkę! Niestety siedziała bardzo wysoko wśród gęstych gałęzi. Na zdjęcie inne niż dokumentacyjne nie było szans. W trakcie fotografowania sowy spostrzegłem drugą, siedzącą nieco niżej i w pięknie odsłoniętym miejscu. Wszystko super, tylko i tak była za wysoko, bo gdy ją fotografowałem, w tle było pochmurne, białe niebo, które niekorzystnie prezentowało się na zdjęciu. Zacząłem zastanawiać się, w jaki sposób mogę polepszyć perspektywę. Szczęśliwym trafem w pobliżu była ławeczka. Nie namyślając się długo, ostrożnie stanąłem na niej i przyłożyłem aparat do oka. Mimo, że byłem wyżej, za uszatką nadal przeważało niebo, choć już mało brakowało do idealnego tła. Postanowiłem stanąć na oparciu ławki – perspektywa wreszcie powinna być ok. Był tylko jeden problem, oparcie było całe oblodzone, a w pobliżu ławki nie było żadnej rzeczy, której mógłbym się przytrzymać. Żałowałem wówczas, że nie wziąłem ze sobą statywu! W tym momencie zza chmur wyszło słońce i oblało uszatkę złotą poświatą. To przeważyło szalę, zaryzykowałem. Wszedłem na grzbiet ławki i balansując na krawędzi przyłożyłem aparat do oka. Tło było idealne! Sowa wyglądała w tym otoczeniu jak w tajemniczej krainie. Zacząłem robić zdjęcia. Eksperymentowałem z ustawieniami i kadrem. Słońce było już bardzo nisko nad horyzontem. Pięknie oświetlało sowę i tworzyło ciekawy kontrast pomiędzy oszronionymi gałęźmi świerka, a ciepłymi kolorami ptaka. To było to! Fotografowałem do czasu, aż świerk pogrążył się w głębokim cieniu, a uszatki bezszelestnie wyleciały na nocne łowy.

Gdy byłem pochłonięty fotografowaniem, nawet nie zauważyłem, że moje ręce całe skostniały, a palce przybrały siny kolor. Dopiero kiedy wróciłem do domu, do ciepła, odmrożenia dały o sobie znać. Nie narzekałem, bo spotkanie z uszatkami wynagradzało wszelkie niedogodności. Po wgraniu zdjęć na komputer okazało się że tylko kilka z kilkuset zdjęć jest nieporuszone (trudno się dziwić zważając na warunki, w których przyszło mi fotografować). Byłem bardzo szczęśliwy, że udało mi się zrobić dobre zdjęcie sowy, a tym samym spełnić swoje fotograficzne marzenie.

Jako ciekawostkę mogę dodać, że powyższe zdjęcie wysłałem także na wcześniejszą edycję konkursu Wildlife Photographer of the Year (2011), lecz nie zajęło ono żadnego miejsca. 2 lata później znowu postanowiłem je wysłać, licząc, że może szczęśliwym trafem zostanie zauważone. Jakie było moje niedowierzanie i szczęście, gdy pewnego dnia otrzymałem maila z Londynu z informacją, że zdjęcie uszatki zajęło I miejsce w WPY 2013 w kategorii 15-17 lat :)