Drukuj
Odsłony: 3179
Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Ten głos elektryzuje. Gdy nagle dobiegnie zza okna naszej chaty – nieomal stawia mnie na baczność. Przeciągły, fletowy, przechodzący w perlisty trel. Wydaje się, że to nie głos natury, że to raczej jakiś koncertmistrz stroi flet przed występem. Z tym głosem wiąże się kawał życia mojego i mego brata. Słysząc ten głos tuż za oknem wiem, że to tylko szpak. Ale też wiem, co on wie. A wie, że w pobliżu gnieździ się lub przynajmniej gnieździł do niedawna kulik wielki.

Szpaki śpiewające na drutach koło naszego domu, stojącego na skraju wielkich bagien, dają nam od dawna dźwiękowy przegląd co bardziej znamienitych wokalnie mieszkańców tych podmokłych, bogatych w ptasie osobliwości terenów. Jako niezrównani naśladowcy, uczą się wszelkich sugestywnych głosów. Więc już w marcu słyszymy nie tylko brodźca krwawodziobego i samotnego czy popiskującego bekasa, ale też np. dopiero w maju przylatującą dziwonię, nie wspominając o wildze, a także orlika i któregoś z błotniaków – wszystko w mistrzowskim, szpaczym wykonaniu. Doprawdy, ci przedrzeźniacze mogliby współpracować z komisją faunistyczną, informując, jakie gatunki gniazdują lub przynajmniej bywają w naszej okolicy. Informując choćby właśnie o obecności takich rzadkości, jak kulik wielki.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Ten pokaźny przedstawiciel siewkowych, o długim, wygiętym jak szabla dziobie – to część naszej historii. Właśnie szansa na spotkanie tej z wyglądu egzotycznej istoty przywiodła nas kiedyś nad Biebrzę, więcej – kazała tu pozostać. Na kulikach uczyliśmy się nie tylko rejestrować na kliszy, ale w sposób bardziej zaawansowany – czyli także wedle zasad estetyki – fotografować ptaki. Tylko, że najpierw trzeba było te kuliki odnaleźć, a już wtedy miały opinię wyjątkowych, zagrożonych zagładą rzadkości. Gdy stanęliśmy po raz pierwszy nad wielką, pustą przestrzenią bagien, zadanie to wydawało nam się wyjątkowo beznadziejne.

A jednak takim nie było, choć po pierwszych kilku godzinach brnięcia bagnami wśród zgiełku rycyków, krwawodziobów i czajek nie ujrzeliśmy nawet kulikowego ogona. I z poczuciem klęski wracaliśmy na przecinającą bagna drogę. Tymczasem... „Skarpa szosy rysowała się przed nami już całkiem wyraźnie, gdy w polu widzenia ukazało się duże, pstro upierzone ptaszysko. Nie było wątpliwości: to kulik! Niski lot wskazywał, że musiał właśnie poderwać się z gniazda... „ - wspominałem ten wielki moment w swym debiutanckim reportażu na łamach „Przyrody Polskiej” w 1974 roku.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

I na to gniazdo po chwili trafiliśmy. Na ów wymoszczony dołek w mszystej kępie i cztery równo ułożone w nim pokaźne jaja patrzyliśmy przez chwilę zaczarowani, jak na wyśniony skarb. Co było dalej – napisałem już na tej stronie w artykule „40 lat...” Wspominając tam, jak to zaraz znaleźliśmy dwa kolejne gniazda – a wszystkie w pobliżu szosy, dosłownie o rzut kamieniem od nasypu. Jak później – wedle słów wspomnianego przed chwilą reportażu z „Przyrody Polskiej” - „nasz szałas ruchem pionka z dnia na dzień przesuwał się po szachownicy kęp”. I jak zastanawialiśmy się przy tym „czy uda się zaszachować ostrożnego ptaka, uśpić jego czujność?” Udawało się, kuliki nie bardzo rozumiały, czym jest przenośna, utkana z gałęzi brzozowych budowla, przysuwana czasem ledwie na 4 metry do gniazda. Nowo wyrosłym krzakiem? Nagle zazielenionym drzewem? Zaczajanie się w czatowniach koło gniazd, chwilowe płoszenie gniazdujących ptaków nie było wtedy jeszcze obłożone żadnymi zakazami – pierwsze miały się ukazać za jakichś 10 lat. Pogrywaliśmy więc sobie z ptakami w tę jedyną w swoim rodzaju grę: wróci do gniazda – nie wróci? Da się sfotografować, czy nie? Grę, w której obie strony powinny przecież być wygrane.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

I były. Ptaki, nie odkrywając do końca naszych podstępów, szczęśliwie wyprowadzały lęgi, a my zdobywaliśmy pierwsze nasze nagrody na konkursach. Mimo to z większości powstających zdjęć byliśmy mocno niezadowoleni. Zwłaszcza ze zdjęć, przedstawiających ptaki siewkowe – z kulikiem wielkim na czele!

Cóż, w fotografii przyrody, zwłaszcza tej realistycznej, reporterskiej, powodzenie tkwi w szczegółach. Nieraz drobnych i, zda się, nieważnych, a przez to nieprzewidywalnych. A za to tworzących nieraz na drodze do urzekającego obrazu barierę trudną do przejścia. Tu okazały się nią... nogi. Nie nasze, też już nieźle udręczone wędrówkami po bagiennym gruncie i wyciąganiem butów z rozmokłej „cmokawki”, marzące o poruszaniu się po twardym, krótką trawą porośniętym gruncie. Chodziło o nogi ptaków. U siewkowych długie, przystosowane do brodzenia, a zarazem decydujące o całym wizualnym charakterze sylwetki godnego reprezentanta tej grupy. Rycyk czy brodziec nie byłby na zdjęciu rycykiem czy brodźcem bez tych zgrabnych nóg – są nie mniej ważne jak u modelki na wybiegu! U kulika te nogi wydają się wprawdzie, zwłaszcza w zestawieniu z nieproporcjonalnie długim dziobem, nieco krępe, ale przecież też należy on do ptaków zdecydowanie długonogich!

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Tymczasem nasi długodziobi i długonodzy modele poruszali się nie po wybiegu, ale brodzili wśród wysokich turzyc na mokradłach. Nieraz wystawały im z nich tylko długie szyje z pokaźnymi dziobami, nóg trzeba było się domyślać. Wędrujący turzycowiskiem kulik przypominał łódkę sunącą po sfalowanym nurcie rzeki. Z dala jego szyja wydawała się wręcz postacią stojącego na łódce rybaka, a dziób – wiosłem; nawet takie miewaliśmy skojarzenia...

Tymczasem potrzebne nam były ptaki na wybiegu – czyli na łące z krótką trawą lub na uczęszczanym przez bydło pastwisku. W takich warunkach trafiały nam się czasem rycyki, krwawodzioby i bekasy, prezentując się wtedy naprawdę jak rasowi modele – od palców do głów. Ale w tych miejscach nie rozlegał się ten pierwszy flet bagiennych łąk - kuliki trzymały się od nich – a zarazem też od wymienionych przedstawicieli grona siewkusów – z dala, trwając w świecie porośniętych wyższą roślinnością mokradeł. Z roku na rok coraz wyższą. Bowiem nie wykaszane od lat bagienne łąki coraz mocniej zarastały trzciną, wierzbami, brzozami. Wkrótce rzewne trele kulików, miast biec het w bezkresną przestrzeń, odbijały się od ścian brzeźniaków, a kuliki gniazdowały na polankach wśród brzozowych gajów, nieraz kryjąc lęg pod brzózką jak pod parasolem. Do czasu. Z tego coraz bardziej leśnego otoczenia pary ptaków zaczęły znikać, stając się w tych stronach rzadkością. I kładąc – jak się zdawało – kres naszym łowom.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Ale oto namierzyliśmy parę bytującą nie na porosłych wysokimi turzycami bagnach, ale wśród zagospodarowanych i dostępnych wygodną drogą łąk nadrzecznych. Lekko sfalowanych, użytkowanych kośnie, a dzięki temu porośniętych krótką trawą. Wszystko wskazywało, że para jest – mówiąc językiem ornitologów – lęgowa. Ten sam sposób porywania się z ziemi przed wkraczającym wędrowcem, to samo zawodzenie nad jego głową, owo tęskne “ą-li, ą-li”, które znaliśmy z bagien. Gniazdo musiało być gdzieś w trawie, ale... go nie było. Przynajmniej my nie potrafiliśmy go odnaleźć. I to przez dwa-trzy lata z rzędu, kiedy to nawiedzaliśmy tę parę łąkowych flecistów. Zresztą - z coraz mniejszym zapałem, w tym czasie bowiem zaczęto krytycznie odnosić się do poszukiwania gniazd ptasich, a zwłaszcza robienia przy nich zdjęć, pojawiły się przepisy ograniczające swobodę tego typu łowów. Przyznano nam wprawdzie stosowne zezwolenia, ale sama świadomość, że robimy coś niemile widzianego, podejrzanego, odbierało radość z poczynań tego typu. Poczynań, które zwykliśmy kojarzyć z pełnią swobody, które były dla nas bardzo osobistą rozgrywką z dzikimi ptakami. Ale czasy się zmieniły. I najwyraźniej komunikowały nam to same kuliki, ukrywając gniazda, które kiedyś odnajdywaliśmy bez trudu. I jak gdyby wołając swymi fletowymi okrzykami: a dajcie wy nam wreszcie spokój!

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Daliśmy. Czasem jeszcze tylko przez okienko sunącego znajomą drogą samochodu rzucaliśmy im tęskne spojrzenia. Ptaki, choć w tym terenie widoczne od pięt po czubki głów, trzymały się jednak zbyt daleko, by można było nawet przy pomocy tęgiego teleobiektywu zdobyć ich przyzwoite zdjęcia. Aż tu pewnej wiosny...

Znów ta sama droga, biegnąca skrajem nadrzecznych łąk. Tak samo jak kiedyś oddzielona od nich paskiem zieleniejącej oziminy, a następnie nieco szerszą wstęgą łysej ziemi, pozostałej po zeszłorocznym kartoflisku. Tu zaś... Aż przecieramy oczy ze zdumienia. Po wilgotnej jeszcze od niedawno stajałych śniegów wstędze oskalpowanej ziemi wędrują sobie jakby nigdy nic dwa kuliki. Są ze trzydzieści metrów od nas. Za nic mają samochód, za nic coraz mocniej wychylające się zeń chciwie rury naszych teleobiektywów. Podchodzą jeszcze bliżej. Teraz mamy już pełnoklatkowe wizerunki okazałych ptaków, stawiających swymi długimi nogami śmiałe kroki, jakby żadni ciekawscy intruzi nie istnieli na świecie. Oglądając parę godzin później te zdjęcia, na których długie ogniskowe obiektywów uwydatniły nienaturalnie wszelkie wybrzuszenia terenu, doznaliśmy dziwnego wrażenia. Że oto kuliki zmieniły środowisko, przenosząc się na jakąś brunatną, pagórkowatą pustynię, że to już nie te same ptaki, które znaliśmy z płaskich jak stół mokradeł. Ale jeszcze większa niespodzianka czekała nas za jakichś 10 dni, podczas kolejnych odwiedzin w tym miejscu...

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Tym razem para przechadzała się już nie po ugorze, ale po zieleniejącym pasku przydrożnej oziminy niczym po specjalnie dla nich wyłożonym zielonym dywanie. Nas nadal miały za nic, choć teraz siedzieliśmy skurczeni w samochodzie nie dalej jak kilkanaście metrów od nich. Zajęci uwiecznianiem tego, który był akurat bliżej, nie zauważyliśmy, że jeden nagle zniknął. Zamiatanie lornetką dalszego i bliższego otoczenia dopiero po dłuższej chwili wyjaśniło zagadkę. Oto wśród świeżej zieleni młodego zboża na oziminie dał się zauważyć znany nam łódkowaty kształt z długim dziobem, pilnie zagarniającym pod siebie okoliczne źdźbła. Nie było cienia wątpliwości, że kulik zasiadł na gnieździe, I to w odległości niecałych 10 metrów od naszego przycupniętego na drodze wehikułu! Ani przez myśl nam nie przyszło, by wysiadać, wypłaszać go i sprawdzać stan lęgu, co dawniej byłoby normalną praktyką.

Robiąc zdjęcia, nie odczuwaliśmy żadnych wyrzutów, wszakże przepis zakazuje robienia ich ”w sposób mogący wywołać niepokój” u fotografowanego modela. Tu najwyraźniej nie mogło. Wysiadujący tkwił na swoim stanowisku, zaś jego sprawujący straż towarzysz szukał sobie czegoś na ziemi, też mając nas wyraźnie w swoim długim “nosie”.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Patrząc na to myślałem – czyżby i kuliki, jak wiele innych, podobno dzikich i nie znoszących bliskości dwunożnych władców tego świata, postanowiły porzucić ostępy, zbliżając się do ludzi? Obok coraz częściej przebywających wśród kukurydzy a nie na bagnach żurawi, błotniaków łąkowych kołyszących się nie nad łąkami, tylko nad złocistymi łanami zbóż, bielików odwiedzających śmietniska i zaplecza rzeźni, bocianów czarnych, kradnących ryby ze stawów założonych na tyłach gospodarstw? Czyżby niedawny pierwszy flet mokradeł miał się stać pierwszym fletem... kartofliska?