Sóweczka (Glaucidium passerinum)
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Nie wiem, czy to nie hańba przyznać się do czegoś takiego. Czy to nie wstyd... Do czego? Ano do tego, że się oberwało po głowie. Niby nic takiego, każdy facet tego doznał od innych facetów. Ale dostać baty od istoty nie większej od piłki tenisowej, baty sprawiedliwe, na które się w pełni zasłuzyło? No, nie wstyd?

W miarę, jak przewodnik prowadził nas przez puszczę, las stawał się coraz dzikszy i surowszy. Jakby coś zapowiadał. Świerki coraz liczniej pokazywały drapieżne pazury suchych gałęzi, a sztuki martwe i leżące przywodziły na myśl szkielety. Drzewostan coraz bardziej był nierówny, rachityczny, straszący wykrotami, zastawiający drogę płotami posuszu. Świerk, do którego doprowadził nas przedwodnik, tu i ówszie poobdzierany z kory, popłakujacy strugami żywicy i pochylony, też nie wyglądał okazale.
- Widzicie? - zapytał nasz leśny wodzirej. No, niby widzimy, rośnie drzewo...
- Ale tam, wysoko, dziupla...?
- No, tak – potwierdzamy, ale przewodnik czując, że nadal nie widzimy tego, o co chodzi, podnosi patyk, wskazuje.
No rzeczywiście, jest – niepozorna, obrysowana zeschłą żywicą, raczej wygląda w pierweszej chwili na odstający sęk niż na zagłębienie. Musi być stara, dzięcioł odkuł ją pewnie z parę lat temu – może rzadki trójpalczasty, bo jaki inny chętnie kuje w świerku?
- One tu mieszkały rok temu, wiem, że teraz też są! - informuje nasz ornitolog. Mówi to nie o dzięciole, ale o najmniejszej z polskich sów.

Sóweczka (Glaucidium passerinum)
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Wiemy, że umie świetnie naśladować jej głos, bo już nam tę sztuczkę demonstrował. Ale teraz ani się kwapi. Jesteśmy z resztą w strefie ochronnej otaczajacej dziuplę, a mającej promień 50 m wedle przepisu dla tego gatunku ptaka. Jeszcze wprawdzie nie wiadomo, czy para ptaków założy tu gniazdo tym razem, więc strefa właściwie nie jest aktualna, ale wszystko wskazuje, że parka sów już tu rezyduje i do lęgu dojdzie. Nasz mentor, mający stosowne zezwolenia jako prowadzący monitoring badacz, zabrał nas tu pod warunkiem, że zachowamy się przyzwoicie. Obiecujemy to i staramy się, jak możemy, a na razie nikomu z nas nie świta pytanie – czy równie przyzwoicie zachowa się właściciel czy raczej właścicielka rewiru?

Nasłuchujemy. Gdzieś tam w koronach popiskują sikory, swą trochę syczącą, a trochę trelującą zwrotkę powtórzyła zięba. -O, słyszycie!? - zasygnalizował nagle nasz towarzysz. Spośród świerkowych chrustów dobiegł głos ni to sikory, ni gila – jakby ktoś lekko dmuchał w metalową łuskę od naboju. Głos niepozorny, trzeba o nim wiedzieć, żeby go zauważyć. Ale my chcemy nie tylko słyszeć, ale widzieć i fotografować. Teleobiektywy już ciążą w rękach, a trzeba teraz dzierżyć je mocno. Nasz skrzydlaty bohater najwyraźniej jest tuż-tuż.

Sóweczka (Glaucidium passerinum)
Sóweczka
(Glaucidium passerinum)
© Grzegorz i Tomasz
Kłosowscy

Nagle jakiś lekki, ale wyczuwalny podmuch szarpnął resztkami mojej zmierzwionej czupryny. - Jest, jest !– zawołali jednocześnie pozostali uczestnicy wyprawy. - No, widzisz, tam!

Dłuższą chwilę wbijałm wzrok w plątaninę leśnego sklepienia, pokreślonego licznymi suchymi gałęziami świerków. Tu i ówdzie prześwitują pomiędzy nimi okienka nieboskłonu i nagle w jednym z nich dostrzegam niewielką ciemną postać. Wygląda trochę jak większa narośl na gałęzi. Chwycona w pole widzenia trzysetki, ukazuje swą urodę. Tak, to ona, najmniejsza nasza sowa! Wśród pokracznie krzywych gałęzi i pęków suchego chrustu wygląda aż nierealnie. Jakby była wziętą z wystawy sklepu z zabawkami szmacianą lalką w kropki, uszytą ku uciesze dzieciarni, i to uszytą przez wcale utalentowane ręce. Widok ogłupia mnie na chwilę, ale nim palec zdąży wyczuć guziczek spustu migawki, sowi kształt nagle zaczyna rosnać i zmieniać się w nieostrą plamę. Ptak wystartował prosto w stronę obiektywu, wypełnił nieostrą plama kadr i w tejże sekundzie przemknął nad aparatem. Poczułem tym razem chłodny podmuch nad wieńczącą czubek mej szanownej głowy łysiną i tyle.

Odwracam się jak automat, znów wzrokiem czeszę korony. Jest! Tym razem niżej, na suchej gałęzi, naprężona w gotowości do kolejnego ataku. Rusza! -Bźźźźźź – bźźźźźź, bżżżżżż – bźźźźźź... - wygrywa swą beznamiętną piosenkę włączony autofokus. Ale migawka milczy, nie złapałem ostrości, choć mój krewki mały model leciał, jak i poprzednio, wprost na mnie. W takiej sytuacji najłatwiej jest uchwycić ptaka w chyżym locie, najłatwiej też ustawić nań ostrość. Wiem o tym z wieloletnich prób i na ogół smętnych w skutkach doświadczeń. No więc znów szukam pierzastego napastnika wśród gałęzi, by ponowić akcję. Tym razem moim poczynaniom niechętnie przypatruja się dwie pary oczu: sowy i przewodnika. Bowiem takie naprzykrzanie się ptakom nie jest akceptowane, to może być już granica dopuszczalnej normy, która zabrania fotografować ptaki sposobem wywołującym ich celowe płoszenie. No, ale jeżeli ktoś nas atakuje, czujemy się ofiarami i to gdzieś tam w środku nas usprawiedliwia: nie boi się, szarżuje, to czym się przejmować...

Sóweczka (Glaucidium passerinum)
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Jednak do następnej próby nie dojdzie. Ptak znika w koronach, a stamtąd dochodzi jakiś delikatny, choć ożywiony trzepot i oto wśród chrustu pojawiają się teraz dwie sowy. Ta druga – to samiec. Ugania się za swą połowicą i próbuje przystąpić do kopulacji. W ten sposób ptasie samce nieraz dają do zrozumienia ociągającym się małżonkom, że trzeba wrócić do wysiadywania albo przynajmniej strzec domu, a nie fruwać. U sóweczek jednak to ona ma – jak wyjaśnia nasz ornitolog – decydujący głos w układzie partnerskim. Gdy np. w okresie karmienia piskląt samiec ma czelność przybyć na próg dziupli bez zdobyczy, zostaje ostro pogoniony. Bywa, że biedak leci wtedy do spiżarni, którą sóweczki urządzają w różnych zakamarkach rewiru gromadząc resztki niezjedzonych wcześniej ofiar, coś stamtąd podkrada i przynosi jako rzekomo świeżą zdobycz, by tylko uniknąć manta.

Sóweczka (Glaucidium passerinum)
Sóweczka
(Glaucidium passerinum)
© Grzegorz i Tomasz
Kłosowscy

Teraz gospodyni rewiru bez pardonu odgania zalotnika, bo nie w głowie jej amory, gdy intruzi są tak blisko. Z wysokości swej „grzędy” wciąż nas lustruje, teraz już chyba raczej z zaciekawieniem: co to za dziwolągi – nie uciekają przed atakiem, same nie atakują, do złowienia i zjedzenia też to-to nieprzydatne... My również, już uspokojeni, celujemy obiektywami w śledzący nas obiekt. Dotarło do nas, że ze zdjęć latającego ptaka nici, za ciemno tutaj, by zastosować odpowiednią migawkę, autofocus wśród tej mrocznej szarzyzny też nie daje rady... W takiej chwili z myśliwych, polujących aparatem na dynamiczne sceny, stajemy się starannymi fotografami. Zaczynamy dostrzegaćć mimikę modela, wyraz oczu, plastykę światła, rysunek tła - to wszystko, co sprawi, że nie zdobędziemy może trofeum, ale uzyskamy obraz. Tło zaś tu akurat nie zachwyca: suche patyki i kikuty wyglądają w powiększeniu jak druty, o ile nie pręty zbrojeniowe. Za dużo pstrokacizny, tworzonej przez połyskujące między igliwiem niebo. Ale model nadrabia to pozą i spojrzeniem. Zaaferowany, stroszy lekko piórka na głowie, przez co przyjmuje ona kształt trapezu. Sowa to mruży oczy, to przekrzywia głowę, jakby myślała: jakie wy tu zdjęcie mi z ręki przy tych ciemnościach zrobicie?

Odruchowo porównujemy fionezyjny rysunek jej upierzenia z naturalną grafiką kory świerka, na którego gałęzi siedzi. Takie porównywanie - to też typowy, przez lata ukształtowany odruch fotografa, który chce jak najlepiej wydobyć modela z tła, ale jednocześnie dobrze go osadzić w przyrodniczym otoczeniu. I oto, jakby o tym wiedząc, maleńka sowa przesiada się na gałąź odstającą od pnia w nasza stronę, przez co jest widoczna na tle kory drzewa jak modelka na ściance. Teraz widać, jak jest do swego naturalnego otoczenia dopasowana. Widać ją, a zarazem... prawie jej nie widać. Na sczęście zza pnia wymyka się łaskawy promyk słońca, które na chwilę wyjrzało zza chmurki i ładnie, choć tylko leciutko, obrysowuje postać ptaka. Zdjęcie zyskuje plastyczność, a zarazem opowiada o tym, w jakim półmroku żyje nasza krewka bohaterka.

Sóweczka (Glaucidium passerinum)
Sóweczka (Glaucidium passerinum) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Tymczasem przewodnik daje znak do odmarszu - dość już tu wprowadziliśmy zamieszania. Odchodzimy z poczuciem, że sowa nieco wystrychnęła nas na dudków, a może i trochę nastraszyła... A tak przy okazji – to kiedyś już ten ptak wystawił mnie na lekkie pośmiewisko. A raczej – jego nazwa. Otóż tłumaczka, przekładająca tekst naszego albumu na angielski, słowo sóweczka zrozumiała jako zdrobnienie, a nie nazwę gatunku, a ja nie uprzedziłem jej o tej językowej pułapce. Była wprawdzie biologiem, ale nie ornitologiem, bo tylko oni znają tego ptaka z nazwy, więc przetłumaczyła ją jako „owlet” - sowiątko, sowi dzieciak. Tymczasem angielska nazwa ptaka to Pigmey owl! Przypomniałem to sobie teraz, masując lekko zadrapaną łysinę i myśląc: ładny mi Pigmej, ładne mi sowiątko...

gorski potok 20150807 1464197204
Górski potok © Kazimierz Pańszczyk

Woda – prosty, ale jakże cudowny związek chemiczny, którego mimo szalonego postępu ludzkość nie jest w stanie, ani sztucznie wytworzyć, ani też niczym innym zastąpić. Mało tego, nawet nie potrafimy zapewnić dostatecznej ilości wody tam, gdzie jej najzwyczajniej brakuje.

Wszyscy wiemy, jak ważną rolę odgrywa woda w życiu każdego żywego organizmu, wiemy również, co może oznaczać jej brak. Tymczasem tylko 2,5% z ogółu zasobów światowych stanowią tak zwane wody słodkie, reszta to lodowce, morza i oceany o różnym stopniu zasolenia. Aż miliard ludzi na świecie nie ma bezpośredniego dostępu do wody pitnej. Każdego dnia na wskutek chorób wynikających z niedostatku czystej wody ponoszą śmierć tysiące ludzi. Woda jak wiemy należy do najbardziej rozpowszechnionych związków w przyrodzie, stanowiąc tym samym podstawowy składnik organizmów żywych. Środowisko wodne jest także miejscem bytowania setek tysięcy ptaków, bez wody nie tylko człowiek nie będzie w stanie egzystować, ale również ogromna rzesza ptactwa wodnego.

Czapla purpurowa (Ardea purpurea)
Czapla purpurowa (Ardea purpurea) © Kazimierz Pańszczyk

Przepięknie przedstawiał nam tych skrzydlatych mieszkańców Antoni Marczewski na łamach serwisu foto-ptaki. Setki tysięcy ptaków zasiedla nasze jeziora, stawy, rzeki i rozlewiska. Te cudowne krainy nasączone wiosennym kwieciem, soczystą zielenią lata, powabnym woalem jesieni czy wreszcie brutalnie skute zimowym lodem to nasz przyrodniczy klejnot. Rozlewiska Biebrzy, Narwi czy Baryczy to niezmiennie powracające echo ciągnących żurawi, krzyk dzikich gęsi i kaczek. Te wodne światy zamieszkują zarówno wielcy jak i zupełnie mali mieszkańcy, których czasami trudno jest nawet dojrzeć wśród trzcin i sitowia. To istny raj dla foto przyrodników, aczkolwiek muszę podkreślić, że nie wszyscy mają przywilej włóczenia się po bagnach z aparatem.

Kwiczoł (Turdus pilaris)
Kwiczoł (Turdus pilaris) © Kazimierz Pańszczyk

Tak się złożyło, że mieszkam w górach, a na skalnym Podhalu z wiadomych względów trudno o ptactwo wodno-błotne. Cóż robić, nie ma większych akwenów to i nie ma ptactwa. Woda działa jak magnes - przyciąga życie i czasami nawet tu w górach, na niewielkiej nawet młaczce, też od czasu do czasu coś się pojawi. Od kiedy tylko sięgam pamięcią włóczyłem się po wyżynnych mokradłach, torfach i innych mniej lub bardziej wilgotnych miejscach. Być może mój ciąg do mokrych miejsc bierze się stąd, że jestem spod znaku wodnika? Tak czy owak twarda skała jakoś nigdy mnie nie pociągała, a bagienko i owszem. Skoro już tak jest, to nie ma się co dziwić, że podstawowym foto obuwiem jakiego niezmiennie używam, to nie jakiś tam wyspecjalizowany, wysokogórski Eiger czy Salomon tylko najzwyklejszy w świecie „gumiak”. Złośliwcy powiedzą, że to przecież iście góralskie obuwie bo w „zimie piece i w lecie piece”. No niby fakt latem do przewiewnych ten rodzaj obuwia nie należy, a o zimniejszych porach lepiej już nie wspominać.

Krzyżówka (Anas platyrhynchos)
Krzyżówka (Anas platyrhynchos) © Kazimierz Pańszczyk

Wracając jednak do fotografii ptactwa związanego z wodą, to sprawa przynajmniej w obrysie Podhala jest powiedziałbym więcej niż skromna. W niedalekim sąsiedztwie na niewielkim stawku rokrocznie gości kilka kaczek, ze dwie kokoszki wodne, czasami zalatuje tam czapla siwa, jakaś łyska i to w zasadzie tyle. O wielkości tego akwenu nie będę nic pisał, bo koleżanki i koledzy z nizinnych terenów Polski zarechotaliby się na śmierć, jakbym podał rozmiary tego błotnego królestwa. No cóż, każdy fotografuje co ma, na czym ma i czym ma. A że w moim bliskim sąsiedztwie jest tyle gatunków wodno-błotnych co kół w przeciętnym samochodzie to i statystycznie wychodzi, że tygodniowo naświetlam góra jedną klatkę filmu. Jest to też jakieś tam wytłumaczenie, dlaczego nadal fotografuję starym wysłużonym analogiem.

Rybitwa rzeczna (Sterna hirundo)
Rybitwa rzeczna (Sterna hirundo) © Kazimierz Pańszczyk

Wróćmy jednak do ukochanego przez pewne gatunki H20. Woda jak wiemy, jest niezbędna nie tylko do procesów życiowych, ale również daje poczucie bezpieczeństwa. Nadbrzeżna roślinność to w głównej mierze bariera ochronna przed drapieżnikiem, fala na spokojnej wodzie to także informacja, że coś się dzieje. Również akustyka niesiona przez wodę jest znakomita i w jakimś tam stopniu też w porę ostrzega wodnych mieszkańców. Można śmiało powiedzieć, że woda nie tylko daje życie, ale także żywi i chroni. W istocie tak jest, ale woda przyciąga też drapieżniki. Niektóre nie zawsze czują się najlepiej w tym środowisku, niemniej czasami podejmują iście desperackie działania. Kilka lat temu obserwowałem lisa który się niemiłosiernie nakombinował, aby dostać się na niewielką wysepkę na której kaczki miały gniazda. Nawędrował się wzdłuż ściany tataraku, jednak nie przemógł się na tyle, aby najzwyczajniej popłynąć na wyspę. Innym razem widziałem jak kaczka broniła młodych przed wydrą. Całość z wizualnego punktu widzenia była wręcz niesamowita, niestety z fotograficznego punktu było już znacznie gorzej. Woda jak widzimy to cudowny życiodajny związek jednakże tylko wówczas kiedy spełnia odpowiednią klasę czystości. W przeciwnym razie może stać się toksyczną pułapką dla wszelkich żywych organizmów. Woda jest esencją życia na tej planecie, jest niekwestionowanym skarbem tej ziemi, czysta jak górski kryształ daje początek wszelkiemu życiu. Woda jak widać, żywi, chroni i broni.

Perkozek (Tachybaptus ruficollis)
Perkozek (Tachybaptus ruficollis) © Kazimierz Pańszczyk

Jakkolwiek by na to nie spojrzeć prawda jest też taka, że nasz organizm ma ok.70% tego cennego związku. Z kolei mózg człowieka to blisko 80% wody, a w ciele nienarodzonego jeszcze noworodka wody jest aż niemal 90%.. Zatem woda, pomijając aspekty higieniczne jest niezbędna i cenniejsza od czegokolwiek na ziemi. Dlatego też powinniśmy w sposób świadomy dbać o zasoby naszych wód, albowiem bujny rozkwit nie tylko ptasiego raju w głównej mierze uzależniony jest od tego cudownego związku jakim niewątpliwie jest H2O.

Zapraszamy do galerii gdzie można zobaczyć pozostałe fotografie powiązane z tym tekstem oraz inne zdjęcia naszych autorów.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Ten głos elektryzuje. Gdy nagle dobiegnie zza okna naszej chaty – nieomal stawia mnie na baczność. Przeciągły, fletowy, przechodzący w perlisty trel. Wydaje się, że to nie głos natury, że to raczej jakiś koncertmistrz stroi flet przed występem. Z tym głosem wiąże się kawał życia mojego i mego brata. Słysząc ten głos tuż za oknem wiem, że to tylko szpak. Ale też wiem, co on wie. A wie, że w pobliżu gnieździ się lub przynajmniej gnieździł do niedawna kulik wielki.

Szpaki śpiewające na drutach koło naszego domu, stojącego na skraju wielkich bagien, dają nam od dawna dźwiękowy przegląd co bardziej znamienitych wokalnie mieszkańców tych podmokłych, bogatych w ptasie osobliwości terenów. Jako niezrównani naśladowcy, uczą się wszelkich sugestywnych głosów. Więc już w marcu słyszymy nie tylko brodźca krwawodziobego i samotnego czy popiskującego bekasa, ale też np. dopiero w maju przylatującą dziwonię, nie wspominając o wildze, a także orlika i któregoś z błotniaków – wszystko w mistrzowskim, szpaczym wykonaniu. Doprawdy, ci przedrzeźniacze mogliby współpracować z komisją faunistyczną, informując, jakie gatunki gniazdują lub przynajmniej bywają w naszej okolicy. Informując choćby właśnie o obecności takich rzadkości, jak kulik wielki.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Ten pokaźny przedstawiciel siewkowych, o długim, wygiętym jak szabla dziobie – to część naszej historii. Właśnie szansa na spotkanie tej z wyglądu egzotycznej istoty przywiodła nas kiedyś nad Biebrzę, więcej – kazała tu pozostać. Na kulikach uczyliśmy się nie tylko rejestrować na kliszy, ale w sposób bardziej zaawansowany – czyli także wedle zasad estetyki – fotografować ptaki. Tylko, że najpierw trzeba było te kuliki odnaleźć, a już wtedy miały opinię wyjątkowych, zagrożonych zagładą rzadkości. Gdy stanęliśmy po raz pierwszy nad wielką, pustą przestrzenią bagien, zadanie to wydawało nam się wyjątkowo beznadziejne.

A jednak takim nie było, choć po pierwszych kilku godzinach brnięcia bagnami wśród zgiełku rycyków, krwawodziobów i czajek nie ujrzeliśmy nawet kulikowego ogona. I z poczuciem klęski wracaliśmy na przecinającą bagna drogę. Tymczasem... „Skarpa szosy rysowała się przed nami już całkiem wyraźnie, gdy w polu widzenia ukazało się duże, pstro upierzone ptaszysko. Nie było wątpliwości: to kulik! Niski lot wskazywał, że musiał właśnie poderwać się z gniazda... „ - wspominałem ten wielki moment w swym debiutanckim reportażu na łamach „Przyrody Polskiej” w 1974 roku.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

I na to gniazdo po chwili trafiliśmy. Na ów wymoszczony dołek w mszystej kępie i cztery równo ułożone w nim pokaźne jaja patrzyliśmy przez chwilę zaczarowani, jak na wyśniony skarb. Co było dalej – napisałem już na tej stronie w artykule „40 lat...” Wspominając tam, jak to zaraz znaleźliśmy dwa kolejne gniazda – a wszystkie w pobliżu szosy, dosłownie o rzut kamieniem od nasypu. Jak później – wedle słów wspomnianego przed chwilą reportażu z „Przyrody Polskiej” - „nasz szałas ruchem pionka z dnia na dzień przesuwał się po szachownicy kęp”. I jak zastanawialiśmy się przy tym „czy uda się zaszachować ostrożnego ptaka, uśpić jego czujność?” Udawało się, kuliki nie bardzo rozumiały, czym jest przenośna, utkana z gałęzi brzozowych budowla, przysuwana czasem ledwie na 4 metry do gniazda. Nowo wyrosłym krzakiem? Nagle zazielenionym drzewem? Zaczajanie się w czatowniach koło gniazd, chwilowe płoszenie gniazdujących ptaków nie było wtedy jeszcze obłożone żadnymi zakazami – pierwsze miały się ukazać za jakichś 10 lat. Pogrywaliśmy więc sobie z ptakami w tę jedyną w swoim rodzaju grę: wróci do gniazda – nie wróci? Da się sfotografować, czy nie? Grę, w której obie strony powinny przecież być wygrane.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

I były. Ptaki, nie odkrywając do końca naszych podstępów, szczęśliwie wyprowadzały lęgi, a my zdobywaliśmy pierwsze nasze nagrody na konkursach. Mimo to z większości powstających zdjęć byliśmy mocno niezadowoleni. Zwłaszcza ze zdjęć, przedstawiających ptaki siewkowe – z kulikiem wielkim na czele!

Cóż, w fotografii przyrody, zwłaszcza tej realistycznej, reporterskiej, powodzenie tkwi w szczegółach. Nieraz drobnych i, zda się, nieważnych, a przez to nieprzewidywalnych. A za to tworzących nieraz na drodze do urzekającego obrazu barierę trudną do przejścia. Tu okazały się nią... nogi. Nie nasze, też już nieźle udręczone wędrówkami po bagiennym gruncie i wyciąganiem butów z rozmokłej „cmokawki”, marzące o poruszaniu się po twardym, krótką trawą porośniętym gruncie. Chodziło o nogi ptaków. U siewkowych długie, przystosowane do brodzenia, a zarazem decydujące o całym wizualnym charakterze sylwetki godnego reprezentanta tej grupy. Rycyk czy brodziec nie byłby na zdjęciu rycykiem czy brodźcem bez tych zgrabnych nóg – są nie mniej ważne jak u modelki na wybiegu! U kulika te nogi wydają się wprawdzie, zwłaszcza w zestawieniu z nieproporcjonalnie długim dziobem, nieco krępe, ale przecież też należy on do ptaków zdecydowanie długonogich!

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Tymczasem nasi długodziobi i długonodzy modele poruszali się nie po wybiegu, ale brodzili wśród wysokich turzyc na mokradłach. Nieraz wystawały im z nich tylko długie szyje z pokaźnymi dziobami, nóg trzeba było się domyślać. Wędrujący turzycowiskiem kulik przypominał łódkę sunącą po sfalowanym nurcie rzeki. Z dala jego szyja wydawała się wręcz postacią stojącego na łódce rybaka, a dziób – wiosłem; nawet takie miewaliśmy skojarzenia...

Tymczasem potrzebne nam były ptaki na wybiegu – czyli na łące z krótką trawą lub na uczęszczanym przez bydło pastwisku. W takich warunkach trafiały nam się czasem rycyki, krwawodzioby i bekasy, prezentując się wtedy naprawdę jak rasowi modele – od palców do głów. Ale w tych miejscach nie rozlegał się ten pierwszy flet bagiennych łąk - kuliki trzymały się od nich – a zarazem też od wymienionych przedstawicieli grona siewkusów – z dala, trwając w świecie porośniętych wyższą roślinnością mokradeł. Z roku na rok coraz wyższą. Bowiem nie wykaszane od lat bagienne łąki coraz mocniej zarastały trzciną, wierzbami, brzozami. Wkrótce rzewne trele kulików, miast biec het w bezkresną przestrzeń, odbijały się od ścian brzeźniaków, a kuliki gniazdowały na polankach wśród brzozowych gajów, nieraz kryjąc lęg pod brzózką jak pod parasolem. Do czasu. Z tego coraz bardziej leśnego otoczenia pary ptaków zaczęły znikać, stając się w tych stronach rzadkością. I kładąc – jak się zdawało – kres naszym łowom.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Ale oto namierzyliśmy parę bytującą nie na porosłych wysokimi turzycami bagnach, ale wśród zagospodarowanych i dostępnych wygodną drogą łąk nadrzecznych. Lekko sfalowanych, użytkowanych kośnie, a dzięki temu porośniętych krótką trawą. Wszystko wskazywało, że para jest – mówiąc językiem ornitologów – lęgowa. Ten sam sposób porywania się z ziemi przed wkraczającym wędrowcem, to samo zawodzenie nad jego głową, owo tęskne “ą-li, ą-li”, które znaliśmy z bagien. Gniazdo musiało być gdzieś w trawie, ale... go nie było. Przynajmniej my nie potrafiliśmy go odnaleźć. I to przez dwa-trzy lata z rzędu, kiedy to nawiedzaliśmy tę parę łąkowych flecistów. Zresztą - z coraz mniejszym zapałem, w tym czasie bowiem zaczęto krytycznie odnosić się do poszukiwania gniazd ptasich, a zwłaszcza robienia przy nich zdjęć, pojawiły się przepisy ograniczające swobodę tego typu łowów. Przyznano nam wprawdzie stosowne zezwolenia, ale sama świadomość, że robimy coś niemile widzianego, podejrzanego, odbierało radość z poczynań tego typu. Poczynań, które zwykliśmy kojarzyć z pełnią swobody, które były dla nas bardzo osobistą rozgrywką z dzikimi ptakami. Ale czasy się zmieniły. I najwyraźniej komunikowały nam to same kuliki, ukrywając gniazda, które kiedyś odnajdywaliśmy bez trudu. I jak gdyby wołając swymi fletowymi okrzykami: a dajcie wy nam wreszcie spokój!

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Daliśmy. Czasem jeszcze tylko przez okienko sunącego znajomą drogą samochodu rzucaliśmy im tęskne spojrzenia. Ptaki, choć w tym terenie widoczne od pięt po czubki głów, trzymały się jednak zbyt daleko, by można było nawet przy pomocy tęgiego teleobiektywu zdobyć ich przyzwoite zdjęcia. Aż tu pewnej wiosny...

Znów ta sama droga, biegnąca skrajem nadrzecznych łąk. Tak samo jak kiedyś oddzielona od nich paskiem zieleniejącej oziminy, a następnie nieco szerszą wstęgą łysej ziemi, pozostałej po zeszłorocznym kartoflisku. Tu zaś... Aż przecieramy oczy ze zdumienia. Po wilgotnej jeszcze od niedawno stajałych śniegów wstędze oskalpowanej ziemi wędrują sobie jakby nigdy nic dwa kuliki. Są ze trzydzieści metrów od nas. Za nic mają samochód, za nic coraz mocniej wychylające się zeń chciwie rury naszych teleobiektywów. Podchodzą jeszcze bliżej. Teraz mamy już pełnoklatkowe wizerunki okazałych ptaków, stawiających swymi długimi nogami śmiałe kroki, jakby żadni ciekawscy intruzi nie istnieli na świecie. Oglądając parę godzin później te zdjęcia, na których długie ogniskowe obiektywów uwydatniły nienaturalnie wszelkie wybrzuszenia terenu, doznaliśmy dziwnego wrażenia. Że oto kuliki zmieniły środowisko, przenosząc się na jakąś brunatną, pagórkowatą pustynię, że to już nie te same ptaki, które znaliśmy z płaskich jak stół mokradeł. Ale jeszcze większa niespodzianka czekała nas za jakichś 10 dni, podczas kolejnych odwiedzin w tym miejscu...

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Tym razem para przechadzała się już nie po ugorze, ale po zieleniejącym pasku przydrożnej oziminy niczym po specjalnie dla nich wyłożonym zielonym dywanie. Nas nadal miały za nic, choć teraz siedzieliśmy skurczeni w samochodzie nie dalej jak kilkanaście metrów od nich. Zajęci uwiecznianiem tego, który był akurat bliżej, nie zauważyliśmy, że jeden nagle zniknął. Zamiatanie lornetką dalszego i bliższego otoczenia dopiero po dłuższej chwili wyjaśniło zagadkę. Oto wśród świeżej zieleni młodego zboża na oziminie dał się zauważyć znany nam łódkowaty kształt z długim dziobem, pilnie zagarniającym pod siebie okoliczne źdźbła. Nie było cienia wątpliwości, że kulik zasiadł na gnieździe, I to w odległości niecałych 10 metrów od naszego przycupniętego na drodze wehikułu! Ani przez myśl nam nie przyszło, by wysiadać, wypłaszać go i sprawdzać stan lęgu, co dawniej byłoby normalną praktyką.

Robiąc zdjęcia, nie odczuwaliśmy żadnych wyrzutów, wszakże przepis zakazuje robienia ich ”w sposób mogący wywołać niepokój” u fotografowanego modela. Tu najwyraźniej nie mogło. Wysiadujący tkwił na swoim stanowisku, zaś jego sprawujący straż towarzysz szukał sobie czegoś na ziemi, też mając nas wyraźnie w swoim długim “nosie”.

Kulik wielki (Numenius arquata)
Kulik wielki (Numenius arquata) © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy

Patrząc na to myślałem – czyżby i kuliki, jak wiele innych, podobno dzikich i nie znoszących bliskości dwunożnych władców tego świata, postanowiły porzucić ostępy, zbliżając się do ludzi? Obok coraz częściej przebywających wśród kukurydzy a nie na bagnach żurawi, błotniaków łąkowych kołyszących się nie nad łąkami, tylko nad złocistymi łanami zbóż, bielików odwiedzających śmietniska i zaplecza rzeźni, bocianów czarnych, kradnących ryby ze stawów założonych na tyłach gospodarstw? Czyżby niedawny pierwszy flet mokradeł miał się stać pierwszym fletem... kartofliska?

Nareszcie wiosna...
Nareszcie wiosna... © Kazimierz Pańszczyk

Dla jednych wiosna jest namacalnym dowodem boskiego miłosierdzia i niewyobrażalnego wręcz dobrodziejstwa. Dla innych jest czymś zupełnie normalnym, nie mającym nic wspólnego z boskim cudem narodzin. Ale są i tacy, którzy mimo wszystko dostrzegają w tej przepięknej porze roku mistykę, czar a nawet i magię.

W istocie wiosna jest poniekąd magiczna porą, aczkolwiek sam proces powstania nowego życia jaki niezmiennie towarzyszy wiośnie jest bardziej skomplikowany niż można to sobie wyobrazić. Prapoczątek, rozmnażanie, ewolucja czy wreszcie obecna kulminacja gatunkowa, to przecież nic innego jak nieustannie trwający cykl życia. Oczywiście cały ten pradziejowy łańcuch jest na tyle długi, rozgałęziony i na domiar tak skomplikowany, że możemy go ogarnąć tylko w przybliżonym zapisie liczbowym. W kilku wierszach nikt nie jest w stanie tego przedstawić, ani tym bardziej zrozumieć. To tak jakby ktoś spróbował w jedynym tylko krótkim akapicie sprecyzować dzieje wszystkich narodów. Nie jest to możliwe, chociaż sam proces stworzenia gatunku ludzkiego próbowano na przestrzeni dziejów tłumaczyć w stosunkowo prosty sposób.

„Crescite multiplicamini et replete terram” - „Rośnijcie rozmnażajcie się i napełniajcie ziemię” (Księga Rodzaju)

Co się gapisz...?
Co się gapisz...? © Kazimierz Pańszczyk

Prostota zawarta w tym jednym nieskomplikowanym zdaniu miała zapewne na celu trafić do przeciętnego umysłu. Oto jesteście, macie zagwarantowaną ciągłość gatunkową i ogromną przestrzeń do życia. Nic w zasadzie nie mówiąc o tym jak to się stało. Czy chaos zrodził komórkę, a z macierzystej powstała druga? Czy jest to raczej jakiś gigantyczny plan stwórcy, który nieustannie jest realizowany. Tego tak naprawdę nie wiemy i nie ma pewności czy kiedykolwiek się dowiemy. Niewątpliwie my jako gatunek ludzki posiedliśmy w jakiś cudowny sposób zdolność błyskawicznego uczenia się. Żaden gatunek na świecie nie ewoluuje tak szybko jak człowiek. Uniesienie w powietrze pierwszego gada zajęło naturze najprawdopodobniej miliony lat. Tymczasem ludzkość zdołała oderwać się od stałego lądu tak naprawdę w ciągu kilku tysiącleci. Wydaje się, że nasz rozwój umysłowy postępuje arytmetycznie, mnożąc niejako naszą wiedzę w sposób skokowy, co uwidacznia się chociażby w galopującym postępie cywilizacyjnym. Wskaźnik wektora naszej wiedzy najwyraźniej szybuje coraz mocniej w górę. Kiedy osiągnie zenit, jest wielce prawdopodobne, że zacznie przyspieszać oddalając się od zwykłych przyziemnych spraw. Kto wie czy człowiek przyszłości nie zatraci się już w tym wszystkim zupełnie. Najwyraźniej otaczające piękno dzikiego świata już go przestanie zachwycać. Cud natury, tysiące barw, czy finezja ruchu zwierząt nie działa praktycznie na wyobraźnię już dzisiaj. Pokręcona rzeczywistość, przebarwiony obraz pomieszany z totalnym odjazdem, wkroczenie w czwarty wymiar, walka z cyber potworem to będzie czad, dający powera w przyszłości. A kiedy i to przestanie go kręcić biedny sapiens zamknie się w swojej betonowo-plastikowej „gawrze”, stworzy wirtualno-holograficzny światek w którym poczuje się coraz bardziej smutny, zestresowany i nieszczęśliwy. Technika jaką zapewne wytworzy pomieszana z przerośniętym egocentryzmem sprawi, iż któregoś dnia zabawi się w Boga, tworząc hybrydę z siebie i swojej wyimaginowanej wizji. Nie będzie już więcej chciał zachwycać się pięknem i prostotą świata w jakiej wyrośli jego praojcowie. Osiągnie poziom techniczny o jakim dzisiaj możemy jedynie pomarzyć. Jednak nigdy nie uwolni się od prawdy, że kiedyś był mały, nagi, biedny i brudny. Jeszcze bardziej skomplikuje wszystko wokół siebie mimo, że logika i prawa natury najwyraźniej temu przeczą. Niestety wszystko wskazuje na to, że człowiek właśnie wjechał do ciemnego tunelu i przyspiesza coraz bardziej nie bacząc na to co będzie z przodu.

Królowa.
Królowa. © Kazimierz Pańszczyk

Ten średniej wielkości ssak, mowa tu panie i panowie niestety o nas, już dawno zdominował świat swą zaborczą chciwością i chęcią zysku. Mimo, że nasze ciało w połączeniu z mechaniką i częścią werbalną w świecie przyrody nie wyróżnia się niczym szczególnym, to jednak atut człowieka tkwi w jego umyśle. Gdyby nie to, że są jeszcze ludzie, którzy starają się ratować klejnoty natury to przyrodnicza apokalipsa byłaby już zapewne w końcowym stadium. Człowiek jako istota obdarzona nieprzeciętną inteligencją potrafi, jak tylko zachce uczynić wiele dobrego dla siebie i świata, ale potrafi też być bezwzględny. Ten sam człowiek może grabić palić i mordować, ale równie dobrze ten sam Franuś, Jacuś, John czy Grażynka może nieść pokój, miłość i wszelakie dobro. A zatem co stoi na przeszkodzie, aby dzielić się owym dobrem czy wręcz nawet je pomnażać? Właściwie nic, pod jednym wszak warunkiem. Aby dostrzec to coś co nazwaliśmy wcześniej dobrem, trzeba także poznać jego kontrapunkt, czyli zło i cierpienie. Aby docenić ogromny dar życia, trzeba poznać także i śmierć. Aby dostrzec piękno bursztynu, trzeba poznać genezę jego powstania. Aby wreszcie kogoś pokochać, trzeba poznać nie tylko fizykalną stronę, ale przede wszystkim jego ducha i osobowość. Narodziny i śmierć, uśmiech i płacz, dzień i noc, czy chociażby biblijne niebo i piekło, to są te atrybuty równowagi nie tylko materialnej, ale także i duchowej, które wciąż szlifują naszą świadomość. Gdyby nie ta przeciwstawna równowaga, to po pierwsze nie wiedzielibyśmy jak odróżnić jedno od drugiego, a po drugie przechył w jakąkolwiek stronę byłby na dłuższą metę dla wszystkich zgubny.

Popatrzmy...
Popatrzmy... © Kazimierz Pańszczyk

Ta wspaniale działająca równoważnia została wypracowana przez dziki świat na długo przed tym jak pierwszy człowiek zaczął się jeszcze bujać na gałęzi. Jakiekolwiek zachwianie w świecie przyrody, jeśli już występuje pochodzi najczęściej z winy człowieka. A już zupełnie rozbrajają mnie opowiastki myśliwych o świadomej ingerencji, czy selekcyjnej gospodarce łowieckiej, o odłowie osobników chorych i nieprzydatnych przyrodniczo. Wydawać by się mogło, że „leśny doktor” z dubeltówką ma panaceum niemal na wszelakie problemy.

A swoją drogą wkroczyliśmy właśnie w XXI wiek, czyż nie powinien to być pierwszy wiek, w którym zaniecha się jakichkolwiek polowań na dziko żyjącego zwierza. Jak w oczach wykształconego człowieka wygląda ktoś, kto w centrum Europy strzela do chociażby ptaków migrujących. Ten niechlubny proceder nadal powszechnie praktykowany jest na Sycylii w południowych Włoszech, Francji czy Hiszpanii. Tysiące ptaków ginie tylko dlatego, że przejawia chęć powrotu na swe dawne tereny lęgowe. Wraca ptactwo na własne terytoria do swoich mikro ojczyzn i gdzieś w połowie drogi trafia się niebywale sprytny homo sapiens i wali z dwururki do lecącej ptaszyny, aż grzmi. Ale spryt i przebiegłość dwunożnego sapiensa to nie tylko strzelanie i rozkładanie sieci. Ten nadzwyczaj inteligentny spryciarz posunął się nawet do rozmieszczania tak zwanych lepów, na które chwyta drobne ptaki. Można zadać pytanie, właściwie po co mu 15 gramowa ptaszyna? Ano drodzy państwo po to, by zarobić kilka marnych euro sprzedając do miejscowych restauracyjek pozyskaną w ten sposób ptasią dziczyznę. Z kolei inny sapiens ze swoją madame, popijając klarowne bordo zamówi za dziesięć euro dwa wychudzone drozdy którymi się nie naje, ani nie doszuka się w tym jałowym daniu wyjątkowego smaku. Ale na tym bynajmniej nie kończy się spryciarski wyczyn dwunożnych sapiensow. Ten niewinnie wyglądający inteligencik ponad pół wieku temu zdołał połączyć materiał rozszczepialny, który jest w stanie zabić nie tylko drozda, woła czy stado słoni, ale może obrócić w perzynę cały odwieczny wysiłek natury, oczywiście nie omijając nawet najbardziej sprytnego sapiensa po drugiej stronie granicy. I w taki oto sposób doszliśmy drodzy państwo do najbardziej deprymującej oceny własnego gatunku. Mam jednak nadzieję, że póki co, ten sam człowiek nie odwróci się zupełnie i nie zniszczy ogromnego dorobku natury. Bo przyroda jaka nas otacza, to drodzy Państwo cudowne i nadal nieskończone dzieło o niewyobrażalnych wręcz rozmiarach. Ten cud natury przecież ciągle ewoluuje, i co ciekawe nie oddala się od nas, to raczej my zakuci w szablon postępu jak mawia młodzież robimy odlot.

Poranna toaleta.
Poranna toaleta. © Kazimierz Pańszczyk

Miejmy nadzieję, że świat polityki, od którego tak dużo przecież zależy, zrobi śmielszy krok w kierunku ratowania światowej przyrody. Chciałbym, aby ci od których zależy tak wiele nie poprzestali tylko na kolejnym grupowym foto z Durbanu czy Davos. A nadchodzące szczęśliwe wiosny, nie znające się przecież kompletnie na biznesie, rozdawały jak do tej pory dar życia na lewo i prawo za darmo. Tak naprawdę to tylko od nas zależy czy przyszłe wiosny będą naprawdę cudowne i szczęśliwe. Miejmy nadzieję, że ludzkość ma wyraźną eko-wizję, a nie tylko odwrócone miraże.

Bo tak naprawdę człowiekowi, który mianował się namiestnikiem Boga na ziemi, najwyraźniej nie uchodzi aby czynił ZŁO...

Dzięcioł zielonosiwy (Picus canus)
Dzięcioł zielonosiwy (Picus canus) © G.T.Kłosowscy

Czas świąt. Ludzie ciągną do sklepów, a ptaki ciągną do ludzi. Ten chłodny, ciemny czas bardzo temu sprzyja. Wtedy następuje wiele niespodziewanych spotkań, choć dla fotografów zwykle niewielki z nich pożytek wobec powszechnej pomroki.

Siedzę sobie przy stole w naszej chacie i oto słyszę pukanie, ale nie do drzwi. Ktoś od zewnątrz puka w ścianę. Po rytmie uderzeń poznaje niezawodnie: dzięcioł! Ale czego szuka w tej ścianie – solidnie oszalowana, pomalowana... Ach, prawda. Wiszą tam przecież skrzynki dla szpaków. Jestem w domu! A zaraz też za domem, by rzecz sprawdzić. Faktycznie nasz bezczelny skrzydlaty cieśla zdołał już skrzynkę solidnie rozkuć, choć wątpię, by znalazł w niej coś pożywnego. Ale teraz w ciemne, zwykle mokre dni, ptasia brać jest wyjątkowo przedsiębiorcza, wykazując przy tym podobna ślepotę i brak rozsądku, jak ludzie podczas marketowych zakupów.

Zabiegi tego dzięcioła dużego nie zostały uwiecznione, ale przypomniały mi o innym, podobnym spotkaniu, też z okołoświątecznego okresu. Kwaterowałem od lat w starej, mocno już drążonej przez robactwo chacie i kiedyś leżąc o poranku na pryczy, usłyszałem przez ścianę, tuż nad uchem, dzięciołowe stukanie. To nie mógł stukać nikt inny. Ale kto naprawdę? Niektórzy ornitolodzy potrafią po rytmie kucia i bębnienia poznać gatunek dzięcioła. Potrafiłem to na tyle, iż poznałem, że to raczej nie ten pospolity dzięcioł duży. Mimo skromnego odzienia wymknąłem się z chaty i zza węgła ujrzałem sprawcę: a jakże, dzięcioł, i to dość rzadki dzięcioł zielonosiwy – mieszkaniec okolicznych, podmokłych lasów liściastych. Gdy wracałem, w drzwiach swojej izby stanęła gospodyni: - Panie, a pan to nie ma czasem jakiej strzelby? Toby tego ptaszka ubił, bo on mi chałupę rozwali!

Dzięcioł duży (Dendrocopos major)
Dzięcioł duży (Dendrocopos major) © G.T.Kłosowscy

Użyłem takiej strzelby, jaką miałem, czyli obiektywu 300 mm z konwerterem 1,4x, by po kilku polowaniach ustrzelić upartego niszczyciela. Jedyne zdjęcie dzięcioła uwieszonego na deskach nie było co prawda wiele warte jako obraz, ale stanowiło przynajmniej rodzaj... dowodu zbrodni.

Którejś zimy, przybywszy na święta z zakupami, odkryłem, że wciśnięto mi sporo mocno nadgniłych jabłek. Powędrowały pod płot. I już na drugi dzień ujrzałem przez zaparowane okno, że jedno z nich jakby się rytmicznie poruszało. A to był, zauważony po chwili, dzięcioł – znów zielonosiwy. Ucztował codziennie i nie sądzę, by jeszcze kiedykolwiek miał tak obfite święta. Był jednak czujny. Choć zaraz przy rogu domu został rozpięty łaciaty namiot obserwacyjny, nasz gość nie dął się zdybać i nie mamy fotograficznych dowodów tego wydarzenia.

Sójka (Garrulus glandarius)
Sójka (Garrulus glandarius) © G.T.Kłosowscy

Podczas świąt, a potem i przez całą zimę, wiele drzew w naszym zdziczałym ogrodzie ma w sobie coś z choinek. Tu i ówdzie wiszą na nich zamiast świecidełek kule tłuszczu z nasionami, a miejscami też resztki jabłek, już jesienią porozdziobywane przez kwiczoły. Te ostatnie w trakcie ich uczt fotografujemy wprost z okna na piętrze. Natomiast i kule z tłuszczem, i wiszące jabłka stają się ozdobami, gdy zaczną na nich siadać ptaki. A najżywszą wśród nich ozdobą jest oczywiście dzięcioł duży. Najbezczelniej zawiesza się na koszyczkach z tłuszczem czy paskach słoniny. A zrobić mu przy tym dobre zdjęcie? Prawie niemożliwość. Intensywnym kuciem nie tylko wprowadza taki obiekt w wibracje, a do tego jeszcze w ruch obrotowy. Trudno w to uwierzyć, ale godzinne łowy pozwoliły nam uzyskać tylko jedno klarowne i ostre zdjęcie. To temat idealny dla tych, którzy chcą się nauczyć chwytać ostro ptaki w ruchu i uzyskiwać zarazem na zdjęciach takie ich pozy, które przemówią do wyobraźni oglądających.

 Dzięcioł średni (Dendrocopos medius)
Dzięcioł średni (Dendrocopos medius) © G.T.Kłosowscy

Polowania na dzięcioła dużego powiodły się dopiero, gdy paski słoniny zostały przymocowane do gałęzi, i to tak, żeby ptak je widział, ale nie były widoczne na zdjęciu. Sądziliśmy, że pełznąc po skośnej gałęzi będzie dla aparatu łatwym łupem. Nic błędniejszego. Dzięcioł porusza się wszakże po drzewie – jeżeli tak można powiedzieć – rzutami. Trzeba idealnie wyczuć rytm kolejnych ruchów, bo tylko to gwarantuje, że z pełną świadomością uchwycimy go w kadr w taki sposób, że zdjęcie będzie sugestywne i kompozycyjnie doskonałe. A ptak ten jest dzięki swej urodzie naprawdę wart dobrego optycznego potraktowania!

Przypomina mi się taki dzień świąteczny – a może to było już trochę bliżej Nowego Roku – gdy przyroda przyniosła nam dwa prezenty naraz. Po pierwsze – ustroiła nocą nasze niby-choinki, przynosząc szadź. Barwne sikory, dzwońce, a także najbezczelniej podkradające się do żeru sójki wyglądały w tej cukrowej scenerii barwniej niż zwykle, można trochę nawet kiczowato, ale też... świątecznie. Jakże przydałby się do tego choinkowego kompletu i dzięcioł! I oto nagle ujrzeliśmy go, przyczepionego do pokrytego kropkami szadzi pnia. Jakiś inny wydał się nam w tej scenerii, do tego pióra jego czerwonej czapki, nastroszone, sterczały zawadiacko w górę. Ależ tak, to nie był dzięcioł duży, tylko średni, potocznie średniak, jak nam się przedtem wydawało – dość rzadki mieszkaniec głębi solidnych lasów liściastych z dębem, grabem czy bukiem, a nie bywalec podwórek z jabłonkami. A jednak... Ten gość – drugi świąteczny prezent tego dnia – spokojnie przeglądał i opukiwał pnie niewysoko nad ziemia, pozwalając się sfotografować dużo łatwiej, niż ruchliwy i nerwowy dzięcioł duży. Choć i na słoninę w końcu go przyniosło. A zdjęć „średniaka” właśnie brakowało nam w zbiorach.

 Kwiczoł (Turdus pilaris)
Kwiczoł (Turdus pilaris) © G.T.Kłosowscy

Zimowy karmnik może zaowocować niejedną niespodzianką. Kiedyś sznurek z karmidełkiem dla sikor wisiał akurat przed odsuwanymi drzwiami werandy. Gdy były otwarte, co rusz któraś z rozpędzonych sikorek wparowywała na chwilę do środka, by natychmiast odruchowo to wnętrze opuścić. Ale oto kiedyś zafurkotało i spory, szary mocno pstrokaty kształt śmignął ze dworu, lekko uderzył o sufit i wylądował na podłodze. Krogulec! Widocznie źle wycelował w któregoś z małych biesiadników i znalazł się w pułapce. Mój brat chwycił plastikową miednicę i w atawistycznym odruchu łowcy chciał nią nakryć ptaka, ale ten był szybszy. Ruszył ku szybie, chwilę dosłownie pełzł po niej w górę, po czym wyleciał przez wąski, nie oszklony prześwit pod sufitem. Niewyobrażalne, jak szybko i łatwo w nieznanym sobie miejscu znalazł wyjście z matni! Polowania w gąszczach zapewniają widać stosowne wyszkolenie . No, a zdjęcia? Nie ma, zresztą nie byłyby ciekawe. A poza tym – czy w święta nie należy się odpoczynek przynajmniej obiektywom? Wystarczy, że samym oczom przyroda zapewni ucztę.